vimeo
youtube

Strona główna » Uzdrawianie » Co uzdrawiamy... » Dziennik Uzdrowiciela

PobierzDrukuj

Dziennik Uzdrowiciela

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2015-11-11

Duchowa pycha i zakłamanie.

Święci czytający i święci obudzeni internetowo to żadna nowość, ale jak odnieść to do warsztatowców, którzy wciąż są głusi na wewnętrzy głos, którzy za nic mają to, co Góra nam już od dwóch lat zapowiadała? Mamy śmiać się z nich, tak jak oni wciąż się śmieją z tych, co nad sobą pracują, czy też płakać, bo przecież chodzi tu o ludzi, których znamy, których polubiliśmy i którzy na tej znajomości bazując, udają wciąż tych, którymi się nie stali?

Spytam wprost, a to bardzo poważny temat, bo mówi o lenistwie duchowym, czy rycerzem jest ten, kto z innymi rycerzami się zadaje, wśród nich przebywa i wraz z nimi przemierza przestrzenie, a który jednak nie szkoli się w rycerskim rzemiośle ani rycerskich praw sobą nie wyraża? Według mnie nie, bo nie ma z tym nic wspólnego wspólne przebywanie z rycerską bracią.

Nasiąknąwszy siłą grupy, zaczyna taka zagubiona, leniwa jednostka sczytywać z twarzy postronnych obserwatorów pewien podziw spowodowany docenieniem wysiłku ludzi zmierzających ku Bogu i ogrzewać się w jego cieple tak, jakby i sama na to zasłużyła. Ale taka iluzja, jak i każda inna, musi się kiedyś kończyć, zwłaszcza wtedy gdy nadchodzi czas użycia broni, gdy trzeba się wykazać nie tylko rycerskim kunsztem, ale i rycerską postawą, niezbędną do prowadzenia taborów. Do takiego wysiłku lenie nie są zdolne, bo nie o pracę na rzecz innych im chodziło, tylko o grzanie się przy blasku niewypracowanej przez siebie doskonałości. Lenie prędzej czy później zaczynają to pojmować i sami, choć niechętnie, opuszczają przyjaciół. Im nie w głowie praca na rzecz człowieczeństwa, na rzecz Miasta Oriin i na rzecz innych ludzi. Tak po prawdzie to nigdy nie mieli zamiaru wspierać kogokolwiek ani promować idei aktywnego braterstwa własną twarzą i własnym imieniem. To ich miano wspierać, sławić, podziwiać i opisywać w świętych księgach. ( Z takimi problemami Jezus również miał do czynienia).

Zawiedzeni, że nastaje dla nich czas próby odchodzą zawczasu. Usuwają się w cień. Starają się przeczekać trudny dla nich okres i pojawić się dopiero wtedy, gdy grupa wróci z wojennej wyprawy. Ale będąc poza grupą, nagle stwierdzają, że nikt się ich nie boi, że nie są tacy wspaniali, że to, co rzekomo potrafili siłą grupy uczynić, przestało im wychodzić.

I wtedy rodzi się zazdrość i budzi żal, taka ukryta nienawiść wobec tych, co na posterunku wytrwali. Pojawia się zjadliwość i knucie oraz słowa krytyki, pod którymi starają się ukryć prawdę o samym sobie, o swym lenistwie, o braku pracy nad sobą.

Dobrze gdy zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje, gdy mają świadomość ociągania się w duchowych kwestiach, gdy pojmują, że nie każdy rodzi się taki mocny jak Jezus i że nawet życie potrafi nieźle namieszać, wszystko odwracając do góry nogami, także poprawną wizję świata. Tacy uczciwi wobec siebie i innych ludzie nigdy nie tracą celu sprzed oczu i choć się nieco w marszrucie ku Bogu opóźniają, całym sercem wspierają tych, co idą na wojaczkę. Nie zazdroszczą im, bo niby czego: zadanych ran, ośmieszenia, walki o Boży Ład? Oni rozumieją trud i sens całych tych przetasowań, tyle że są jeszcze za słabi na to, by samemu chwycić za broń.

Ale są i tacy, co nigdy nie zamierzali o Boga w człowieku walczyć, którzy na samą myśl o starciu z systemem i rodziną dostawali spazmów. Oni wiedzą, że sknocili, że wszystko się wyda, że obłuda i iluzja zostaną niebawem odkryte. By im tego nie wytknięto, zakrywają usta szarą szmatą jątrzenia i szepcą dookoła, że ich brak mocy nie wynika z ich słabości czy nie daj Boże z ich niedoskonałości, tylko że jest spowodowany niską wartością grupy lub jej przywódcy. Sączą słowa jadu o tym, że coś jest nie tak ze wszystkimi, tylko nie z nimi. Cwańsi rozsyłają wieści, że to wina marniejącego wodza. To ja się zapytam, a co ma wódz do ich umiejętności, do utrzymania rycerskiego splendoru i mocy ramienia? Wodzowi mogą uschnąć i oba ramiona, a to i tak nie powinno mieć jakiegokolwiek wpływu na ich umiejętności. Chyba że ich nigdy nie było.

Istnieje coś takiego, jak bojowy duch, energetyczno-duchowy stan, który tworzony przez grupę, przenika wszystkich jej członków, wynosząc ich odwagę i siłę, także u tych, którzy się do prawdziwych rycerz przysiedli. Ale gdy owi dosiadający się do ławek ludzie rycerskich umiejętności nie zdobędą, to gdy odejdą od stołu (przemiany), opuści ich także bojowy duch, umowna siła podnosząca morale i zwiększająca siłę ręki unoszącej miecz prawdy.

Ten kto rycerzem się nie stał i przychylności bojowego ducha nie zyskał, ten po oddzieleniu się od braci zwyczajnie powraca do dawnych wartości, do dawnego pojmowania świata i dawnego poziomu mocy. Bo jakżeby inaczej. I to potrafi wkurzyć i zirytować opóźnionych i nierobów. No cóż, tak działa Sprawiedliwość Boża. W duchowej pracy nad sobą żadne komunistyczne zagrywki nie są honorowane. Tu nie działa kumoterstwo. Góra już dwa lata temu zapowiedziała, że do końca tego roku (2015) duch bojowy opuści wszystkich tych, którzy na czas nie przerobią podstawy człowieczeństwa: pokochania siebie i drugiego człowieka, jak i wybaczenia sobie i drugiemu człowiekowi. Mówili głośno, że jak ktoś nie utrzyma duchowego strumienia w sobie, ich wsparcie w utrzymaniu mocy i siły psychicznej się skończy. Jak pustym w swej rzekomej Głębi trzeba być, by słowa przewodników traktować jako stęchłą marmoladę wtedy, gdy nie pasują, a smakować je jak miód, gdy są miłe zamiarom.

Brak wsparcia w utrzymaniu warsztatowego doenergetyzowania nie oznacza, iż Góra się od takich ludzi odwróciła, wręcz przeciwnie, jest to jakby mobilizowanie do pracy nad sobą, jak i przypomnienie o tym, że każdy, kto o własnych siłach zaległe tematy przerobi i strumień w sobie otworzy, ten znów pod Aktywne Światło Miasta Oriin podłączonym będzie.

Przykre jest to, że wielu z tych, co latami ogrzewało się przy blasku trenujących rycerzy, tak jak nie chciało się męczyć duchowymi ćwiczeniami i obciążać pracą na rzecz cierpiących, tak i teraz nie zamierza tego robić. Są i tacy, co przeciwko niektórym rycerzom występują, drwiąc z ich mocy, a nawet wieszając na nich psy. Czasami słychać syk jadowitego języka. Nie dziwi już więc przywoływanie do porządku Emengenu i wymaganie od jego członków większej czystości i ostrożności podczas weryfikowania kandydatów. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nasze plany i pewne umiejętności zostały wszystkim udostępnione.

Pamiętacie, co zeszło w przekazach? Że zostanie nas zaledwie 50-60 osób. Ciekawszy był jednak drugi przekaz, w którym zapowiedziano przyjście nowych, gotowych do bycia obywatelem Edenu ochotników, tych nastawionych na autentyczne budzenie własnej mocy duchowej. A ci mogą do nas dołączyć dopiero wtedy, gdy znikną w naszych szeregach wszelkie dla nich zagrożenia. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby wpadli w ręce duchowych śpiochów, którzy operując wiedzą i skalami zaczęliby ich programować pod siebie? Podejrzewam, że byłaby to powtórka z rozrywki, że powstałby ten sam zamęt, który na co dzień funduje ludziom poszukującym Boga, szeroko pojęta ezoteryka.

U nas tak się nie stanie, choćby dlatego, że dobrze poznaliśmy zasady energetycznej gry i tym bardziej nie damy się nabrać na rzekomo towarzyskie zobowiązania.

I na koniec pytanie: dlaczego iluzja, zakłamanie i pycha duchowa były pewnym osobom bliższe, niż chęć pokochania was i innych ludzi? Czy na takiej obłudzie owe towarzyskie układy mają się opierać?

Przypominam również, że za inwalidzkim fotelu stanie pod koniec grudnia sam PBZ. I każdy będzie musiał przejść test pod Jego okiem. Ja też, a wiele mam jeszcze do nadrobienia. I powiem uczciwie, mam pietra…

----

 

2015-10-29

Robaki, zioła i upadek samowystarczalnego Chrystusa

Jestem przerażony tym, jak niewłaściwe jest wśród warsztatowców pojęcie o pracy nad sobą. Nie tylko na plan dalszy spychają obowiązek doskonalenia się, ograniczając się do bycia świętymi czytającymi, świętymi uczestniczącymi i świętymi obudzonymi internetowo, ale i nie rozumieją tego, że w drodze do Boga i do światła półśrodki przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Skoro celem ma być uruchomienie świtała zbawienia i światła błogosławieństwa, to nie można tracić czasu na hołubienie jakichkolwiek innych pomocniczych technik. Światło i tak wszystko w sobie zawiera.

Ja wiem, że bez pracy nad sobą nikt nie podniesie w sobie wibracji ponad przydziałową normę, że nie stanie się doskonalszym, a więc i dysponującym potężniejszą mocą uzdrawiania, ale trzeba być nieźle zapętlonym, by niepotrzebnie tracić czas na rozwijanie technik poza duchowych i na dodatek upadać w wierze, że samemu potrafi się zrobić to, co inni innymi technikami czynią. A przecież nierzadko sam Duch pozwala na zaistnienie stanów chorobowych po to, byśmy, samemu walcząc z chorobą, uwierzyli we własne moce, byśmy tak zmobilizowali się w walce o jedność z Bogiem, aby Jego światło stało się naszym orężem w walce z chorobami i ludzkim cierpieniem. Jednak by tak się stało, trzeba ciągle wzrastać i się uczyć. Trzeba pojąć, że uruchomienie światła w sobie to wielkie wydarzenie, tak wielkie, że tylko na tym trzeba się skupić. Cała reszta przestaje mieć znaczenie.

Inaczej to wygląda w przypadku pozostałych ludzi, którzy nie tylko nic o Bogu nie wiedzą, ale i zmierzać ku Niemu nie mają zamiaru. Oni mają prawo korzystać z wszelkich metod, które im zdrowie i życie mogą poprawić. Natomiast my, uzdrowiciele duchowi, sami musimy zogniskować moc do naprawy własnych ciał. By to osiągnąć, by uzyskiwać wsparcie we wszystkich naszych poczynaniach, musimy nie tylko się stale wzmacniać, ale i pozostawać w aktywnej łączności ze światem duchowym i z Bogiem. Kto tych prostych zasad nie rozumie, z staje się wolna człowiekiem bezsilnym, niewierzącym w siebie i w swoje zdolności. Miast piąć się na duchowe wyżyny, powoli zapada się w sobie i zaczyna przypominać worek kości uzależniony od działań innych osób. A przecież nie tak to miało wyglądać.

Coś uruchomiło niszczące istotę ludzką procesy, umysł na stałe wymknął się spod kontroli świadomości, a walczące z chorobami ciało fizyczne – miast mobilizować siły do walki z chorobami – zaczęło wymuszać na duszy, czyli na nas, takie zachowania, takie ustępstwa, by to, co samo miało zrobić dla własnego dobra, zostało dokonane sposobami zewnętrznymi z udziałem czynników trzecich. I tak oto mózg zaczął domagać się stałych dostaw mikroelementów i witamin z zewnątrz, choć wcześniej sam mobilizował podległe sobie komórki ciała fizycznego do ich produkcji, a gdy mu się ich nie dostarcza, wymusza ustępstwa na duszy poprzez wzmacnianie stanów chorobowych.

W szeregach warsztatowców zauważyłem dziwne, bardzo niekorzystne sposoby reagowania na niewłaściwe zachowania pewnych członków naszego bractwa, którzy proponują swoje ezoteryczne usługi, te wyrosłe z minionych doświadczeń, z lat spędzonych na rozmaitych kursach. Owe osoby silnie zachwalają swoje stosowane przez siebie techniki, skądinąd dobre, przez co spotykają się nie tylko z życzliwym przyjęciem, ale i poszerzają krąg sympatyków. Mają do tego prawo.

 Dziwi jednak brak refleksji u tych osób, które – miast obudzić światło w swoich komórkach - bezproduktywnie tracą czas na korzystanie z ezoterycznych technik wspomagających. Nie wiedzą przy tym, że część owej sympatii jest im wdrukowana, a w organizmie dokonuje się prawdziwie niekorzystna rewolucja. Gdy mózg odbiera sygnał, że z zewnątrz nadchodzi wsparcie do walki z zaburzeniami w ciele fizycznym, zwyczajnie odpuszcza i zapisuje planowaną kurację jako stałą formę wsparcia. Przestaje się angażować w mobilizowanie sił obronnych organizmu w tych przypadkach, w których pomoc gwarantują czynniki zewnętrzne. Tak samo reaguje w przypadku leków i wszelkich naukowych wynalazków poprawiających lub mających poprawić stan zdrowia. I tym to sposobem część warsztatowców sama potęguje w sobie stany chorobowe tak w ciele fizycznym, jak i z czasem w sferze psychicznej. Takie osoby podświadomie wmawiają potem sobie, że skoro nie potrafią poradzić sobie z biologią, to i nie poradzą sobie życiu, które to dopiero jest molochem nie do ogarnięcia. Słabną, uzależniają się od czynników zewnętrznych i co gorsze - tracą zainteresowanie pracą nad sobą. Zapominają, że przyrzekli zrobić wszystko, by obudzić w sobie światło zbawienia dla innych. Światło, które miało wszystko zmienić.

Dziwi ten brak duchowego rozsądku, to niezrozumienie tak prostych zależności.

Dwie osoby w naszych szeregach wciąż reklamują odrobaczanie urządzeniem technicznym i wyszukane, oparte na starych recepturach ziołolecznictwo. Wszystko jest okay. Sam to popieram w przypadku osób chorych. Ale stawianie tych metod ponad moc Żywego Światła mówi wprost o tym, że ci ludzie nie wierzą w siłę światła Chrystusowego, które jest wszystkim i wszystkie metody poprawy zdrowia w sobie zawiera, także przyrządy do odrobaczania i zioła. Coś tu jest nie tak. Zręczne programowanie czy naiwność?

Najciekawsze, że w przypadku odrobaczania, gdzie wpływa się na całą florę bakteryjną, tę pozytywną, jak i nam nie przychylną, wybija się również drobnoustroje, które w czasie przemiany były już wcześniej zmieniane genetycznie pod kątem naszego postępującego rozwoju fizyczno-energetycznego. Ulegają ponownej destrukcji biologiczne siły, które zostały już przestawione na inną współpracę z fizycznym ciałem budzącego się w duchu człowieka. Takie działania można przyrównać tylko to chemii, która, próbując wyeliminować jakiś czynnik chorobotwórczy, niszczy przy okazji cały ludzki organizm.

Przy okazji zauważyłem, że takim powrotem do przeszłości zainteresowany jest wciąż mózg i umysł, którym łatwiej jest utrzymać stare mechanizmy, niż te nowe ugruntować. By się nie przeciążać i pójść na łatwiznę, wzmacniają objawy tych chorób, z którymi walka ma doprowadzić do przywrócenia starych, znanych schematów, tych im podległych, a nie świadomości. W ten sposób zarobaczenie wzrasta o 15-50%, a choroby mające być minimalizowanie ziołami o 20-30%. Zyski ze zmian w biologii spowodowanych „przemianami” potrafią cofnąć się całkowicie, a wiara we własną moc uzdrowieńczą spaść o 50%. Ale jak tu się dziwić upadkowi, skoro fotograf woli korzystać z usług innego fotografa, niż wierzyć, że dysponuje aparatem fotograficznym otrzymanym od Boga.

Podsumowując: i zielarz, i osoba reklamująca odrobaczanie nie zdają sobie sprawy z tego, co czynią. Także charakter intencji nie pozostawia złudzeń co do tego, z czym mamy tu do czynienia. Wartości na skali zakłamania są nie do podważenia. Zachowanie osób korzystających z ich usług także jest wymowne i zawsze zależne od poziomu odczucia potęgi świata duchowego zawartego w sobie. Im mniejszy, tym większa chęć powrotu do starych wzorców zachowań.

Przykro patrzeć, jak za chwilową poprawą zdrowia idzie uzależnienie od zewnętrznej mocy, spadek wiary w swoje związki z Bogiem i kasowanie wprowadzanych przez ducha zmian w DNA. Ostatecznie mają co chcą, choćby z tego nie do końca zdawali sobie sprawę. A miało być tak pięknie, miał się obudzić Chrystus i miał nastać czas zbawienia. Niestety, jak zwykle wyszło szydło z worka i znów zwyciężyła ezoteryka. Wilk pobiegł do lasu, a „małość” wróciła do dawnego koryta.

-----

2014-09-16

Ludzkie zakłamanie to obrzydliwa sprawa. Dostaliśmy wczoraj niemiły telefon. Takie ostre zareklamowanie usługi. Miało być z chorą nogą lepiej, a się pogorszyło. Oburzona rodzina poczuła się zobligowana do interwencji. Siłą wymusili konsultację. Mało brakowało, by i przez telefon nie zaczęli złorzeczyć, tacy byli oburzeni. Na szczęście miałem nazajutrz wolne do 11, bo zamierzałem jechać na targ, więc nie było problemu z dopisaniem ich do listy.

Ale odczyt mną szarpnął. Okazało się bowiem, że w ciągu ostatniego miesiąca stan starszej pani znacznie się poprawił, że kobieta się ożywiła, że zaczęła uczestniczyć w życiu rodzinnym i chodzić. Poruszała się co prawda o kulach, ale potrafiła już stawać na opanowanej przez zgorzel stopie. Wyniki cukrzycy się poprawiły i zaczęto myśleć nawet o operacji. A ta wcześniej w ogóle nie wchodziła w grę.

Raptem tydzień temu coś się stało i starsza pani zaniemogła. Stopa spuchła i rany się otworzyły. W czasie odczytu ujrzałem, jak ktoś próbował naładować nogę czerwoną energią, do złudzenia przypominającą ciemne wodorosty, typowy przykład pasm nawiedzeniowych. Na dodatek osoba, która do mnie dzwoniła z zarzutami, miał swój udział w tym całym zamieszaniu.

Powiedziałem wprost, że kilka dni temu ktoś inny próbował uzdrawiać nogę jej matki i że to do tamtej osoby powinna zadzwonić z pretensjami, a nie do mnie. Powiedziałem, co widzę i jaki jest skutek wejścia w matkę energii z nawiedzenia. Kobieta zaprzeczyła wizji i jeszcze udała oburzoną. Wtedy zaproponowałem układ. Obiecałem powtórzyć darmo zabieg, skoro to ja namieszałem, ale dodałem przy tym, że ja tylko otwieram kanał dla działania Sił Wyższych i że wszystko dobrze się skończy, o ile to co mówią, jest prawdą. Jeśli jednak moje widzenie jest poprawne i nie moje energie niszczą w tej chwili nogę matki, to – jeśli one rzeczywiście istnieją - zostaną przerzucone na dzwoniącego. Normalnie uderzyłyby we mnie – tłumaczyłem - i ja bym je jakoś zneutralizował, ale skoro one nie istnieją, to ja tylko na wszelki wypadek je odbiję. Ale jeśli one są, to ruszą na rozmówcę, nie na chorą matkę, gdyż tam w tym czasie będę już uruchamiał proces zdrowienia. Oczywiście całą wypowiedź ubrałem w ładne słówka, ale i tak oberwałem od napastliwej córki. Nawet zasugerowano mi, że jak się coś złego stanie, to na pewno będzie to dzieło moich chorych wyobrażeń i poniosę za to odpowiedzialność. Zasugerowałem więc, by rozmówczyni zręcznie zapytała się mamy, czy to aby nie ona sama skorzystała z pomocy kogoś innego, co by tłumaczyło całą zaistniałą sytuację. Telefon umilkł i miałem nadzieję, że temat więcej nie wypłynie. Niestety, kilka godzin później ta sama osoba przypomniała o problemie. Ton głosu był co prawda łagodniejszy, ale i tak czuć było narastającą niechęć. Niby okazało się, że koleżanka mamy poprosiła znajomego o jakieś tam nic nie znaczące czary mary nad jej nogą i że może to o to chodziło. Dorzuciła przy tym uszczypliwie, że byłoby to o tyle dziwne, że to osoba spokojna i ludziom życzliwa, więc nie może być aż tak źle, jak ja to opisuję. Wtedy, mając potwierdzenie wcześniejszej wizji, powiedziałem wprost, co o tym myślę, że nieładnie się zachowują, zrzucając na mnie winę za czyjeś błędy. I stał się cud: padły słowa o zrozumieniu i zapewniono mnie, że nie chodziło o wyłudzenie działań, bo za konsultację zapłacą, tylko że wszyscy są tak podenerwowani całym zajściem, że nie mogą się jakoś odnaleźć. No bo mama cierpi.

Nie wziąłem pieniędzy za doładowanie. I tak zadzwonią jeszcze raz, bo z nogą nikt im nie pomoże, więc jakoś to się wyrówna. Niech starszej pani ulży. Ale jej córki nie życzyłbym sobie spotkać nawet na ciemnej ulicy…

----

wpisy z  2014 roku

----

Dziwna rzecz. Niecodzienna w tym sensie, że chemioterapia miast osłabić torbiel, przyczyniła się do jego wzrostu. Torbiel po moich dwóch działaniach zmniejszyła się z 7 na 6 cm do 5 na 4,5, ale lekarz nie chciał słyszeć o czekaniu z zaplanowanymi zabiegami. Zastosował chemię i torbiel powiększyła się do 13 na 9 cm. Zapłakana kobieta wpadła w depresję. Lekarz zaś nie umiał jej wytłumaczyć, jak to się stało. Udało mi się ją zbić w osiem dni do 6 na 5 cm, ale nie mogłem przecież kobiecie powiedzieć, by odwlekła kolejną chemię. Sama taka sugestia grozi prokuratorem. Ciekawe co z tego wszystkiego wyjdzie.

Przypadek jest o tyle zagadkowy, że w większości podobnych przypadków notuje się po chemii zmniejszenie wymiarów raka czy torbieli, a tu było odwrotnie.

Przy okazji przypomniał mi się przypadek sprzed roku, kiedy to po moim działaniu rak zniknął już drugiego dnia i tylko cud sprawił, że chorej zrobiono dodatkowe prześwietlenie tuż przed operacją. Szkoda że uzdrowieni informują mnie o tak skutecznych działaniach dopiero wtedy, gdy po jakimś czasie oni sami lub ktoś z ich rodziny potrzebuje pomocy. Dzięki ich historiom dużo łatwiej byłoby mi się w całości mej pracy odnaleźć. A bywa i tak, jak u jednego pana, który dopiero po bodajże 6 czy 8 latach w ogóle przyznał się do tego, że zniknął mu rak krtani.

 Nie pamiętam osób dzwoniących. Wyrzucam ich z pamięci zaraz po konsultacjach, więc nie mam pojęcia, jaka była skuteczność moich działań, czy pokryła się z odczytem na skalach, czy też była mniejsza od zapowiadanej.

-----

Burza na całego. Godzinę przed zapowiedzianą wizytą pewnej kobiety rozdzwonił się telefon i jakiś mężczyzna, podający się za jej przyjaciela, starał się konkretnie dowiedzieć, czy jestem psychologiem i co jej doradzam. Był natarczywy i zachowywał się tak, jakby od potwierdzenia moich kwalifikacji miała zależeć jej wizyta. Żenujące. Ten człowiek nawet nie próbował zrozumieć, że konsultacja ma charakter osobisty i jest objęta tajemnicą. Gdy nie udało się wyłudzenie informacji, zaczęły się pogróżki i oczywiście straszenie mediami. Na mnie to nie działa, więc odłożyłem słuchawkę, ale pewnie straciłem kolejną szansę na przyjaźń.

Kobiety nie pamiętałem, ani poprzedniej konsultacji. Ja nigdy niczego nie notuję ani nie zapisuję w pamięci. Jestem otwarty na zapoznawanie się z własnymi błędnymi diagnozami, więc nie skrywam się za notatkami pozwalającymi uniknąć ewentualnych pomyłek. Jeśli wcześniej omyłkowo odczytałem co innego niż teraz, to wprost o tym mówię i staram się znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy. Najczęściej nie tkwi ona w diagnozie, ale wynika z ruchów energii w strukturze przestrzeni, na którą ja i zainteresowany wpływamy na równi z innymi siłami. Dlatego nie domyśliłbym się nawet, kim jest kobieta, którą prześwietlał telefoniczny rozmówca, gdyby ona sama mi o tym nie powiedziała. Wyglądała na trzydzieści parę lat i sprawiała wrażenie osoby, która panuje nad życiem. Mówiła spokojnie, ale czując respekt wobec życia i niewiadomego.

Szybko się okazało, że po zablokowaniu mocy przeciwnej w konkubencie, stracił on na nią wpływ i zaczęło mu się sypać także w pracy. Za to ona odżyła i wyzwolona spod jego uroku, ujrzała ich związek bez narzucanej iluzji. Dziś jeszcze ogarniały ją wątpliwości, jeszcze czuła wewnętrzne osamotnienie, ale i też świadomie przyglądała się osaczeniu, jaki zręczny mężczyzna jej zafundował. Pojęła, że w związku trzymał ją jedynie strach przed samotnością i silne ludzkie programowanie. Gdy programy przestały kształtować jej myśli i emocje, prysła też iluzja o partnerstwie. Wszystko to, czym żyła, było jednym wielkim marzeniem, taka iluzją, która z rzeczywistością nie miała nic wspólnego. Przekonała się o tym kilka dni po ostatniej wizycie u mnie, kiedy to odzyskawszy własną moc, nabrała odwagi, by upominać się o swoje. Z bezsilności facet wpadł we wściekłość i tak narozrabiał, że musiała interweniować policja. To był pierwszy raz, kiedy odważyła się przeciwstawić jego agresji. Potem poszło już szybko. Były co prawda łzy, wątpliwości i słowne manipulacje, ale dość nieźle przetrwała cały miesiąc, układając konkretne plany na przyszłość. Chciała wiedzieć, jak najlepiej i najszybciej pozbyć się faceta ze swojego życia i jak utrzymać swoją energetyczną formę, która w ostatnich dniach zaczęła się nieco chwiać.

Wizyta trwała stosunkowo krótko, bo pani zapoznała się z najważniejszymi wskazówkami na stronie i właściwie potrzebowała tylko potwierdzenia dla swoich przemyśleń. Omówiliśmy więc palące kwestie z marszu, a potem obserwowałem tylko, jak w kanale Góra ustawia jej nowe ścieżki losu.

Odeszła zadowolona. Jedna z ocalonych. Już jej nie ma, ale ludzkie zło w konkubencie pewnie jeszcze niejednemu ptaszkowi będzie próbowało podciąć skrzydełka. Jest jednak dużo słabsze, niż do tej pory, więc nie będzie w krzywdzeniu innych już tak sprytne i bezwzględne.

I to są chyba jedyne przypadki, kiedy mam radość z odbierania mocy znieprawionym ludziom. A że życie im się sypnie, to co z tego? Skoro nie było budowane na ludzkiej radości i współtworzeniu, tylko na pysze, oszustwie i podporządkowaniu, to niech padnie w gruzy, przynajmniej ludzka dusza wyświetli po śmierci film ze znacznie mniejszą liczbą grzechów. A o nią tu chodzi, o duszę, a nie o zwodnicze złote pole. Poza tym moc serca zawsze pozostawiam nietkniętą, wystarczy tylko sobie o tym przypomnieć…

-----

Aż się uśmiechnąłem. Jedenaście lat cierpienia, trzy paromiesięczne pobyty w szpitalu psychiatrycznym, egzorcyzmy, zioła leki i chaos w domu zniknęły w tydzień, a w ciągu dwóch miesięcy młody człowiek całkowicie doszedł do siebie. Szkoda, że wcześniej nikt się nie pokapował, o co chodzi. Ale skąd mieli wiedzieć, czym jest wewnętrzne nawiedzenie? Można było chłopaka czyścić do końca życia, a i tak nic dobrego by z tego nie wynikło.

Brak doświadczenia i mocy był widoczny zwłaszcza w przypadku działań jasnowidza z Tychów, który po ujrzeniu demonów, próbował je usunąć kurczakami. Ich rytualna krew miała umożliwić wejście nadprzyrodzonych sił czyszczących. Dwa zabiegi po 200 zł, które były przeprowadzone na słowo, bo nikt w nich nie uczestniczył, odbyły się rzekomo w domu „egzorcysty”. Do 400 zł za kurczaki doszło około tysiąca zł za pozostałe działania, co i tak jest niewygórowaną sumą w porównaniu z żądaniami gdańskiego terapeuty. Ten ujrzał taką potęgę mroku i tak ogromne przekleństwo ciążące na rodzinie, że swoją usługę wycenił na bagatela osiem tysięcy. Paranoja.

Na szczęście już wszystko wróciło do normy. Nawet zdumieni lekarze wycofali większość leków, zalecając pozostawienie niektórych jako ewentualne zabezpieczenie przed możliwą remisją.

Czyszczenie młodego człowieka zakończyło się pomyślnie, ale jak pomóc tym, których w tej chwili zwodzą ezoteryczne gusła i całkowita niekompetencja księży i katolickich ośrodków zajmujących się rzekomo egzorcyzmami? To co tam się wyrabia, można przyrównać jedynie do średniowiecznego okrucieństwa. Psychologiczna manipulacja, msze i ogłupianie są stałym dramatem osób, które szukają tam poratowania. Nie otrzymują nic w zamian, a religijna propaganda, ubarwiona naukowym już słowem kościelnego psychologa, tylko wzmacnia w nich uzależnienie od kościelnych struktur. Nawet ludzkie cierpienie wykorzystują do pomnażania zysków. A Bóg patrzy. Czemu się tego nie lękają? Bo nie lęka się ten, kto Go nie widzi ani Weń nie wierzy. Tylko taki gwałci, kradnie i oszukuje.

-----

Jedną z naszych koleżanek dopadł chłód. Marzła nie wiadomo czemu i to dość silnie. Podobne objawy zaczęły występować u córki. Nie umiała tego wytłumaczyć ani temu przeciwdziałać.

Nim jeszcze zaczęła o tym mówić, ujrzałem czarną postać z białymi oczami. Było to wypełnienie młodego człowieka, który czerwień oczu ukrył pod białymi białkami. Oznaczało to, że obudzone w sobie zło umiejętnie markował grą aktorską. Przy jego boku stała starsza kobieta z rodziny, która potęgowała w nim siłę nienawiści do kobiety, która odważyła się od niego odejść wraz z malutkim dzieckiem. Wystarczyło wyczyścić obie czarne postacie, by ujrzeć, jak lodowa skorupa ustępuje z matki i jej dziecka. Potem uzdrowiłem cierpiące ciała i zablokowałem zło w mściwych ludziach.

Przez jakiś czas będzie spokój. Przy okazji ludzkie zło nakarmi się własną strawą.

-----

Jestem z siebie zadowolony. Wieloletni koszmar bolesnych miesiączek ustąpił jak ręką odjął. Kobieta jest tak szczęśliwa, że w radosnym słowie omal nie podała mi szampana przez telefon. To jak z inną, która kilka miesięcy zwlekała z powiadomieniem mnie o tym, że znikły jej krosty z twarzy, rzecz dręcząca ją od czasu pokwitania. Bała się, że jak zadzwoni przedwcześnie, to wywoła wilka z lasu i część paskudztwa znowu z grobu wylezie.

No to niech im cera i tamto i owamto sprzyjające będą.