vimeo
youtube

Strona główna » Akademia Wiedzy Duchowej » CUDA Z JANEM » Modlitwa do Jezusa o uwolnienie z opętania

PobierzDrukuj

Modlitwa do Jezusa o uwolnienie z opętania

     To niewiarygodne, by od dziś każdy z nas mógł dla dobra drugiego człowieka czynić to, czego nikt inny poza Zbigniewem Janem zrobić dotychczas nie był w stanie. Oto nastał dzień, w którym każdy z nas może uwolnić od opętania drugiego człowieka i to bez ryzyka narażenia się na jakikolwiek energetyczny odwet ze strony sił ciemności. Jakości tego prezentu pozwolimy sobie nie komentować, bo byłoby to przyznanie się do całkowitej niewiedzy o prawdziwej naturze energetycznej rzeczywistości. Autor przyzwyczaił nas już do niespodzianek, ale to, z czym się stykamy w dziale „Cuda”, znacznie przekracza nasze najśmielsze oczekiwania w kwestii ratowania ludzkiego zdrowia psychicznego i egzystencjalnego. Zapraszam do lektury i do uruchomienia działań, które do tej pory były dostępne tylko mistykom.
 

 

Wprowadzenie

22-23.10.16

 

Działanie

22-23.10.16

 

Modlitwa - Zejście Świątyni Serca na ziemię/

Zejście Nieba na ziemię/

Zejście modlitwy na Ziemię:

22-23.10.16

 

Egzorcyzmy

 

Egzorcyzmy - to proces czyszczenia ciała fizycznego, energetycznego i duchowego z istnień, które swoją obecnością i formą oddziaływania niszczą pierwotne struktury istoty ludzkiej.

- Niespodziewanie zaczął się czarny okres w twoim życiu i nic ci nie wychodzi?

- Twoi bliscy wariują i nic do nich nie dociera?

- Twój partner się zmienił i za nic ma wasze poprzednie ustalenia?

- U dzieci pojawiła się agresja, kręcą się w kółko i opowiadają same bzdury o tym, jak sobie w życiu poradzą?

- Ciśnienie myśli w głowie jest tak duże, że obawiasz się wylewu?

- Nagle dopada cię zwątpienie i wchodzisz do czarnej dziury?

- Nie wiadomo skąd pojawiają się w tobie stany chorobowe i bóle, a lekarz nic nie znajduje?

- Nikt nie jest w stanie ci wytłumaczyć, dlaczego akurat ty masz pecha i dręczą cię od zawsze najzwyklejsze choroby?

- Życie ci się sypie, nic nie wychodzi, mimo że wciąż starasz się tak jak dawniej?

- Ludzie się od ciebie odsuwają, jakbyś był trędowaty?

- Nie masz szczęścia do miłości? Innym to łatwo przychodzi, a ty wciąż stoisz pod ścianą płaczu?

- Wszystko jest w porządku, życie leci jak trzeba, a ty masz dość wszystkiego, nawet własnych dzieci?

- Co chwilę zmieniasz plany, jakby nie istniało słowo stabilizacja?

- Psychika ci siada, a w domu pojawiły się niewidzialne oczy?

- Coś stuka w chałupie i wszędzie czuć nieodczuwany przez innych smród?

- Zwierzęta ci niedomagają, a weterynarz nie jest w stanie temu zapobiec?

- Już wiesz, że dostałeś czarny scenariusz i komuś chcesz go zwrócić?

 

To posłuchaj:

Dusza to nic innego, tylko zbiór myśli i emocji, które na siebie wzajemnie oddziałują, tworząc charakterystyczny wzór tych powiązań, który potocznie nazywamy postawą lub charakterem. Myśli i emocje są stanami energetycznymi, albo raczej paczuszkami informacji przenoszonymi przez ładunki energetyczne. To dzięki nim tworzymy określone relacje ze światem i ludźmi. Gdy w ten obszar wnika niska wibracja, jakość myśli i emocji się pogarsza, a więc i nasze relacje ze światem i ludźmi. I odwrotnie - gdy dostajemy zastrzyk pozytywnej energii, nasze myśli i emocje zyskują na jakości i nasze patrzenie na świat ulega radykalnej poprawie. To co nasz dotąd dręczyło, wydaje się mało istotne i do naprawienia.

Ale to nie wszystko. Dusza ludzka nic nie potrafi. To kosmiczny wędrowiec, który nie może opuścić swojej wewnętrznej planety, bez ochronnego ubrania kosmiczna próżnia wnet by go pochłonęła. By mógł chodzić po księżycu lub eksplorować inne światy, wyposażono go w dwa skafandry kosmiczne: ciało fizyczne i ciało egzystencjalne. To pierwsze znamy, choć skrywa ono jeszcze wiele tajemnic, ale o tym drugim większość z Was pewnie słyszy po raz pierwszy. To drugie jest tak samo energetyczne, jak pole energetyczne duszy, i równie jak ona ma swoje myśli i emocje. To od niego niemal w całości zależy całe nasze życie. To ono tworzy sytuacje w energetycznej strukturze przestrzeni. Tak się dogaduje z innymi ciałami egzystencjalnymi lub je sobie podporządkowuje, by mogło zajść to, na czym duszy zależy. Gdy pożądana sytuacja zostaje wyreżyserowana, swoimi myślami i emocjami wchodzi w obszar myśli i emocji duszy, wymuszając w niej określone zachowania. A duszy się wydaje, że oto nagle wpadła na pomysł, jak sobie z problemem poradzić, albo że nagle poczuła, iż trzeba gdzieś iść i musi to zrobić. Gdy w takim naprowadzaniu uczestniczy jeszcze ciało duchowe, to myśli i emocje zostają jeszcze ubarwione stertą obrazów ukrytych w tryskającej fontannie marzeń.

Gdy ciało egzystencjalne jest słabe, to nawet zdrowej duszy nic się nie chce. Ona wyraźnie czuje, że ubyło jej mięśni i że nie udźwignie już życiowego ciężaru. Bywa też odwrotnie, kiedy to zdrowe, wydajne ciało egzystencjalne, ten kosmiczny robot, jest po macoszemu traktowane przez swojego pana. Cóż, duszą a ciałem egzystencjalnym istnieje pakt o bezwzględnym podporządkowaniu, gdzie musi ono zawsze robić to, czego pragnie dusza. Ono jest jej narzędziem, dzięki któremu ona zmienia swoje życie. Ona doświadcza, ona w ciele fizycznym się porusza, a dzięki ciału egzystencjalnemu wszystko zmienia, do zmian wykorzystując potem siłę ciała fizycznego i własną wewnętrzną energię.

Ciało egzystencjalne zawsze robi to, co dusza wyświetla na swoim wewnętrznym ekranie myśli. Ale gdy dusza nie jest sobą, gdy niska wibracja zaburza w niej procesy myślowe i emocjonalne, to dusza sama nie wie, czego chce. Raz coś chce, to znów nie chce. Raz do czegoś dąży, to za chwilę z tego rezygnuje. Kreatywności ciała egzystencjalnego to nie przeszkadza, ono zawsze robi to, czego pragnie dusza. Rzecz w tym, że jej rozchwianie, że jej niezdecydowanie raz po raz przerywa rozpoczętą pracę nad tworzeniem sprzyjających celom duszy sytuacji. Ciało egzystencjalne biega z kąta w kąt w przestrzeni energetycznej, nie mogąc utrwalić struktur, które mają utrzymywać krystalizujące się w ten sposób ścieżki losu. Wszystko dobrze wygląda, kiedy i dusza, i ciało egzystencjalne są silne i stabilne myślowo i emocjonalnie, wtedy ich współpraca daje oczekiwane owoce, a człowiekowi wszystko idzie jak po maśle, tak jakby czuwała nad nim opatrzność.

Trzecim elementem, który jest trwale powiązany z duszą i ciałem egzystencjalnym jest energetyczna przestrzeń wewnętrzna, czyli obszar, po którym się dusza porusza, oraz energetyczna przestrzeń zewnętrzna, która znajduje się jakby poza zasięgiem duszy, ale jednak potrafi wnikać w jej obszar wewnętrzny. To jak z wioską postawioną pośród innych wiosek. I żywioł ludzki, i pożoga mogą się z okolicznych przestrzeni przedostać do rzeczonej wsi i naruszyć jej wszystkie struktury, a nawet spalić lub przejąć w posiadanie. To samo obserwujemy u człowieka, którego opanowują inteligentne siły lub zwyczajne niskie wibracje. Ale wszystkie one razem wzięte zaburzają jej harmonię i doprowadzają do zmiany postawy.

Przestrzeń energetyczna to nie żadna pustynia, jest ona zamieszkana przez tak rozliczną rzeszę istot i istnień, że liczebnością i zmienną gatunkową może jej dorównać jedynie świat owadzi. Nie jest również jednorodna. To nie klocek lego. Także tu, jak i w przestrzeni fizycznej, występują dziury, doły, wiry itd., co do złudzenia przypomina barwy charakter naszej rzeczywistości: rzeki, góry i doliny, urwiska i zapadnie, śnieg leżący na wysokościach i gorący piach usypujący wydmy. Takie same trudności w marszu przez życie piętrzy świat energetyczny. Niby go nie widzimy, ale to właśnie wibracje tego świata stale modyfikują duszę i jej dwa skafandry kosmiczne.

Dlaczego ciało fizyczne ulega agresji świata energetycznego? Pewnie dlatego, że łącznikiem między duszą a ciałem fizycznym jest gorąca ektoplazma, twór białkowo energetyczny. Pełni ona rolę okablowania w skafandrze astronauty, które mu pozwala sterować mechaniką robota i komunikować się ze statkiem kosmicznym, jak i odbierać informacje o technicznym stanie samego skafandra.

Ciało fizyczne skrywa jeszcze jedną tajemnicę. Nie jest ono takie materialne, jak się przypuszcza. Okazuje się, że jego procesami biologicznymi steruje nie tylko DNA fizyczne, ale również DNA energetyczne, od którego zależy chociażby stan energii w komórkach, co dopiero niedawno odkryła nauka. Wystarczy uderzyć w ten obszar niską wibracją, a człowiek słabnie, zaczyna chorować, a nawet umiera.

Gdy w takim kontekście mówimy o wewnętrznym i zewnętrznym nawiedzeniu, to zawsze mówimy o agresorze, który niszczy lub przejmuje cały złożony obszar istoty ludzkiej, nawet ten, o którym dusza ludzka nic nie wie. Posłużmy się przykładem. Każdy z nas zaliczył lub otarł się o nawiedzenie na poziomie fizycznym. Myślę o owsikach. Niby takie małe, takie bezbronne, a jednak doprowadzają do szeregu chorób. Pod ich wpływem człowiek nie tylko słabnie, ale przez wypełniony toksynami mózg popada w apatię. Proszę to teraz odnieść do świata energetycznego, przepełnionego całą gamą inteligentnych form życia. Gdy one wkraczają do akcji, to właściwie jest już posprzątane. W starciu z nimi człowiek nie ma szans.

By opanować duszę, by ją wykorzystywać jako akumulator i żyć jej życiem, niewidoczni agresorzy modyfikują nawet jej zewnętrzną przestrzeń energetyczną – tworzą nawiedzenie, które ma różny charakter i różne poziomy wibracji. Przykład poglądowy: gdyby ryby chciały pływać w naszym domu, to wypełniłyby go wodą niczym basen. Zrobiłyby to jednak tak zręcznie, by rzadka woda nas nie udusiła, ale by zarazem była tak gęsta, aby mogły w niej pływać i nas podgryzać. Nawiedzenie to standard, typowa technika stosowana przy obrabianiu ludzi. Gdy ono się pojawia, ludzie są spisani na straty. W nawiedzeniu napuszcza się ludzi jeden na drugiego tak, by zabić w nich miłość i radość, by utonęli we wzajemnej niechęci i ciągłych pretensjach, by produkowali wibracje, o które ciemności chodzi, bo to co zabija ludzką duszę, jej daje nadzieję na przetrwanie. Kolejny poziom obróbki, to psucie relacji z otoczeniem. Potem, jakby to było za mało, nakładają blokady na ścieżki losu i na przyszłość. A jak człowiek jeszcze się stawia, to sprowadzą choroby, życiowe nieszczęścia i napuszczą na nich innych ludzi, którzy obrzydzą im życie. Armia sług ciemności, armia żywych energetycznych trupów jest wielka i ciemność ma w czym wybierać. W ten sposób dopadnie i zmodyfikuje każdego, o kogo jej chodzi.

A ty, człowieku, zastanawiasz się potem, co się dzieje, że życie ci się sypie, że odchodzą najbliżsi, że pochłaniają cię choroby, a twoja psychika wpadła w taki szał, że pewnie trzeba by skoczyć z mostu, by przerwać tę epidemię porażek. A najgorsza w tym wszystkim jest ludzka nienawiść, która wiesza na tobie psy za to, że nie panujesz nad emocjami, że nie potrafisz okazywać miłości, choć pamięć o niej masz wciąż w sobie zachowaną. Nie rozumiesz, jak do tego doszło, że stałeś się innym człowiekiem, że odebrano ci życie. Miast cię rozumieć, miast cię wspierać w tych trudnych chwilach, miast ci pomagać wyjść z energetycznej choroby, do złudzenia przypominającą chorobę psychiczną, to jeszcze cię kopią, odsuwają na bok i pomstują. Nie wiedzą, jak ci ciężko, ile z siebie dajesz, żeby być dla nich choć tak miłym, jak do tej pory. A przyrzekali nie opuścić w biedzie i chorobie. Jezus mawiał: nie rzucaj kamieniem, bo nie wiesz, co jest przyczyną zmian w tym człowieku, ale oni o tych słowach zapomnieli. Tragedia…

Nawiedzenia to poważna rzecz i jak dotąd tylko wielcy mistrzowie posiadali moc, by je kasować. W nawiedzeniu powoli opanowuje się człowieka i zwolna przemienia w egoistę, karierowicza, w psychopatę i maszynę do wykorzystywania innych. Tak zmieniony może być dojony do końca życia. Stan taki nazywamy częściowym opętaniem. Z opętaniem całkowitym mamy do czynienia wtedy, gdy agresor wchodzi w jądro duszy i stamtąd steruje całością istoty ludzkiej na jej energetycznym poziomie. Dotyczy to nie tylko jej myśli i emocji, ale również przestrzeni zewnętrznej, ciała egzystencjalnego i ciała fizycznego. Gdy agresorem jest zagubiona dusza ludzka, każdy człowiek może pomóc w jej odprowadzeniu, chyba że zaatakowany pomieszkuje w nawiedzonym obszarze. Wtedy takie działania są niemożliwe. Gdy agresorem jest mocniejsza istota, to do jej odprowadzenia trzeba już użyć siły duchowej, a tej niemal nikt nie posiada, choć się na nią wielu powołuje.

Strony internetowe puchną od reklam egzorcystów, ale ci ludzie niewiele mogą, jeszcze mniej mogą rozpanoszeni w jedynowładztwie duchowym księża katoliccy, którzy w ogóle nic nie potrafią, nic poza tworzeniem iluzji o swej mocy. Gdyby mogli, to dla swojej chwały spaliby na grobie Jezusa. W tej chwili nie ma w ich szeregach nikogo, kto umie prostować psychikę, a co tu dopiero mówić o czyszczeniu z brudów i energetycznej agresji. Mało tego, wizyta u niektórych z nich czasem kończy się jeszcze większa tragedią. Ta prawda o ich pysze i zaprzedaniu wkrótce zostanie im przypomniana.

By pomóc człowiekowi, trzeba nie tylko usunąć ewentualnego agresora, ale trzeba również wyczyścić całą jego przestrzeń, ciało egzystencjalne i fizyczne. Dobrze jest zdjąć czarny nalot z DNA, odtworzyć jak najwięcej czystych zapisów i – o czym nikt nie chce słyszeć - wyczyścić potem wszystkie mieszkające z poszkodowanym osoby. Nie wolno dezynfekować jednego psa, a potem bezmyślnie na powrót wkładać go do zapchlonej. Ją też trzeba zdezynfekować i zabezpieczyć, jak i odpchlić pozostałe psy tam mieszkające. Inaczej cała praca nie miałaby sensu. To jak z wyzwalaniem córki z objęć łobuza czy sekty. I ją, i całe łączące się z nią środowisko trzeba wyczyścić, inaczej zło z wolna o sobie przypomni, pochłonie poprzez kanały wspomnień i  znów podporządkuje.

Oczywiście temat egzorcyzmowania przedstawiam tu w uproszczeniu i skrócie, bo jest to rozległa dziedzina i wymaga szeregu omówień, na co nie ma w tej chwili czasu, od tego są warsztaty, ale pragnę zapewnić, że urodziłem się z duchowym darem przemieniania przestrzeni energetycznych, który stale rozwijam i który przekazuję warsztatowcom, by mogli robić to, co i ja robię, o ile oczywiście utrzymają w sobie wysoki reżim energetyczny. Ja nie tylko likwiduję każde opętanie, ale czyszczę również DNA, ciało egzystencjalne i ciało fizyczne. Na przestrzeń nakładam zaś Jasną Płaszczyznę, która eliminuje nie tylko nawiedzenia, ale i przejścia czy strefę mroku. Efektem jej nałożenia jest między innymi wykasowanie wszelkich niekorzystnych dla człowieka wibracji w miejscu jego zamieszkania, także tych geopatycznych. Nie tylko przywracam całość do wartości początkowych, ale i uszlachetniam je, ściągając karmicznie narzucony osad. I wszystko będzie grać, o ile człowiek w swoim wyborze utrzyma odzyskane wartości. Bo jeśli ważniejszą od życia przyszłością będzie potrzeba grzebania się w przeszłości, to zostanie owa ożywiona w wewnętrznym zatraceniu, choć na zewnątrz nic się nie zmieni. Temat ten omówiłem w dziale „Dla osób po konsultacjach”. No cóż, skoro ktoś za nic masz słowa Jezusa o miłości, wybaczeniu i braterstwie i woli żyć animozjami i zemstą, to sam zniszczy to, co zostało zrobione dla jego wyzwolenia (podniesienia z upadku).

I pamiętajcie, jestem jedynym człowiekiem na ziemi, który ma aktywny dostęp do wiedzy o energiach i tą wiedzą się dzieli. Dla ludzkiego zła to igranie ze święconą wodą…

 

… … … … … …

Egzorcyzmy zawsze obejmują całość istoty ludzkiej i jej związków z przestrzenią, a więc ciało fizyczne, ciało energetyczne (duszę wraz z polami psychicznymi), ciało egzystencjalne i duchowe oraz typowe tło energetyczne przenikające przestrzeń fizyczną zamieszkaną przez osobę poddaną oczyszczaniu. Po takim całościowym ustawieniu psychika wraca do normy, poprawiają się relacje z najbliższymi i z otoczeniem, wraca chęć do życia i moc jego tworzenia oraz rodzi się potrzeba doświadczania w nim radości poprzez współtworzenie i współodczuwanie. Nadto te wartości i dążenia są najczęściej większe, niż były wtedy, gdy poddawany zabiegowi  człowiek znajdował się w swojej najlepszej życiowej formie.

Oczyszczanie i naprawianie ciała energetycznego (duszy) jest dla uzdrowiciela duchowego tym samym, czym dla lekarza mycie i leczenie ciała fizycznego. Ludzkie i duchowe ujęcie problemu jest tu tożsame, choć dostępność wiedzy wykazuje zdumiewająco duże różnice. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że w przypadku pracy nad ciałem energetycznym i polem energetycznym - wiedza ta jest wręcz znikoma, co doprowadza do wielu nieporozumień i nadużyć. Dawniej było odwrotnie: zajmujący się tymi sprawami szaman i kapłan posiadali stosowną wiedzę w tej dziedzinie, dzięki czemu skuteczność ich zabiegów znacznie przekraczała to, co potrafią współcześni lekarze dusz. Obaj też cieszyli się dużym uznaniem i nikt nie drwił z ich pracy, nawet wtedy gdy osiągano częściową poprawę. Dziś jest nieco inaczej, ale i skuteczność zabiegów współczesnych kapłanów i szamanów daleko odbiega od tego, co robili ich poprzednicy. Brak wiedzy, brak praktyki, zepsucie i wyłącznie orientowanie się na zyski doprowadziły do tego, że nikogo nawet nie interesuje wykształcenie prawdziwych szamańskich umiejętności. Nie interesuje dlatego, że wymagałoby to pracy nad sobą, takiego udoskonalenia się, by wewnętrzna energetyka na stałe sprzęgła się z pasmami duchowymi, bez czego nie ma mowy o autentycznym egzorcyzmowaniu i uzdrawianiu. Problem w tym, że szukający merytorycznego wsparcia kandydaci na szamanów i uzdrowicieli trafiają ze swoimi dążeniami w pustkę: nie znajdują nikogo, kto by im powiedział, jak ową harmonię z wszechświatem uzyskać. Cała historia z reiki i medytacją to nieporozumienie, a wzbudzanie w innych mechanizmu samoregulacji to zwyczajne naciąganie.

Całe zamieszanie powstało dlatego, że "systemu" nie interesuje posiadanie zdrowego i samoświadomego społeczeństwa, bo takie społeczeństwo natychmiast poddałoby w wątpliwość zasadność funkcjonowania takiego systemu. Doskonale rozumieją to sprawujące władzę ugrupowania, które wiedzę o świecie energetycznym trzymają w zamknięciu, sięgając po nią wyłącznie dla swoich celów. Trzymają w ten sposób istotę ludzką (obywatela) w pułapce niemożliwości i zagubienia, manipulując nią wedle własnego uznania. Tworzą dla niej wrogie i agresywne środowisko energetyczne oraz blokują zdolności poznawczo-interpretacyjne na poziomie umysłu, którego zaprogramowanie jest dla fachowca dziecinnie proste. Odcięta od obszaru autentycznej wiedzy, istota ludzka żyje wówczas wyreżyserowaną rzeczywistością, ani się domyślając, że można stworzyć inną, bardziej prospołeczną, ani że owa rzeczywistość nie jest jedyną. Żyje według narzuconych praw i obowiązków, aktywnie wspierając systemowe struktury. Jest święcie przekonana, że dobrze robi i że po śmierci spotka ją za to taka sama nagroda, jaka przysługuje bohaterom w świecie fizycznym.

Cała ta jej chora duchowo postawa jest niczym innym, tylko wynikiem oddziaływania na nią nisko wibracyjnego tła, kodów sterujących nićmi DNA oraz programów przekształcających myślenie i obszar emocji. Czyszczenie tych wszystkich "obcych" ciał i uwarunkowań w obszarze energetycznym nazywamy właśnie egzorcyzmowaniem.

By to jeszcze lepiej zrozumieć, posłużmy się pewnym modelem poglądowym. Proszę sobie wyobrazić, że wybraliśmy się na wycieczkę do prawdziwego lasu tropikalnego. Wchodząc do lasu i pokonując pierwsze wykroty, możemy się jeszcze nie domyślać, że nasza znajomość planu fizycznego właśnie dobiega końca. Ciągle dufamy, że zdobyta w szkole wiedza o przyrodzie na coś się w końcu przyda, że wybawi nas z ewentualnej opresji. Jednak im bardziej zagłębiamy się w las, tym większy ogarnia nas niepokój. Pierwszym zaskoczeniem jest fizyczne odczucie obecności tysięcy ukrytych w lesie stworzeń, takiego żywego gigant-molocha, czego nie zapowiadało odsłuchiwanie płyt z zarejestrowanymi odgłosami przyrody. Wszędobylski ruch, niesamowity gwar i niewidoczne a wpatrzone w nas spojrzenia fascynują, ale z drugiej strony mrożą krew w żyłach. Po pierwszych stu metrach przedzierania się przez zwarty gąszcz nikt nie jest już pewny wcześniejszego wyboru. Wyprawa nagle nabiera sportowego charakteru, a wizja odpoczynku w jakimś zajeździe w środku puszczy znika jak kamfora. Tu wszystko zdaje się żyć tylko po to, by nas dotknąć, possać, ugryźć i zaniepokoić. Rośliny, owady i zwierzęta podążają za nami i obmyślają swoje pułapki. Wilgoć, rozmokła ziemia, kolce i siekące komary już nie zapowiadają niesamowitych przeżyć, one nimi są.

Do tego opisu dodajmy na pocieszenie obecność umownego szlaku turystycznego, który wyznaczają przybite do drzew wielkie tablice informujące o tym, jak się w lesie zachować, by przeżyć i się nie zgubić. Jedne zawierają opisy trujących roślin i zasady postępowania w przypadku ich spożycia, inne zajmują się jadowitymi owadami, czy też ostrzegają przed prostymi organizmami wodnymi ochoczo składającymi jajeczka na odsłoniętym ciele. Tu zdjęcie zwierzęcia, tam zbliżenie nasączonego toksyną roślinnego kolca. Grafika jedna za drugą. Słowem, wiedza przyrodnicza w pigułce. Rzecz w tym, że w tych okolicznościach nie ma czasu na jej zgłębianie. To trzeba było zrobić w domu. Teraz można mówić wyłącznie o braku doświadczenia, zwłaszcza gdy po zjedzeniu soczystych owoców cała grupa zaczyna tracić wzrok, węch, słuch i wrażliwość na dotyk.

Sytuacja stała się niebezpieczna. Wpadliśmy w pułapkę.

Pierwsze godziny pozbawionych czucia ludzi nie są najgorsze, bo wciąż żyje się nadzieją odzyskania zmysłów. Ale już kilkanaście godzin później, które wydają się wiecznością, staje się jasne, że sprawa jest poważna i trzeba natychmiast wracać. W którą stronę iść i jak to zrobić, by nie paść łupem dzikich zwierząt i robactwa, nie wiadomo. Pozbawieni wzroku i słuchu, nie potrafimy podzielić się własnymi pomysłami. Przebieramy nogami w miejscu i coraz wyraźniej czujemy zaciskającą się pętlę na szyi.

Na szczęście pojawia się kolejna grupa żądnych wrażeń ludzi. Za pomocą pisma i gestykulacji streszczamy im wydarzenia z ostatniego dnia i prosimy o pomoc. Jakiś czas potem z ulgą podążamy za naszymi przewodnikami, sądząc, że to dobrzy ludzie i że za obiecaną nagrodę odtransportują nas do granicy z cywilizacją. Niestety, tak się nie dzieje. Wszyscy trafiamy do niewoli, do ukrytej w lesie wioski, a nie mogąc z niej uciec, za strawę i dach nad głową dajemy się bezwzględnie wykorzystywać. Sprzątamy, uprawiamy jakieś rośliny, znosimy kamienie do budowy drogi, służymy swoim ciałem, a nawet bierzemy udział w walkach na śmierć i życie, sprawiając radość swoim właścicielom. Mijają lata. Grzbiet chyli się ku ziemi. Czasem ktoś znika z nieznanych powodów, a czasem umiera wprost na naszych rękach.

Ten dramat można byłoby jeszcze strawić, gdyby nie ciągłe zastanawianie się nad losem urodzonych w niewoli dzieci, nad tym, dlaczego urodziły się ślepe: czy ktoś majstrował w ich genetyce, czy też zaraz po urodzeniu ktoś uszkodził im wzrok? Przerażająca sytuacja. Kochamy je i dbamy o nie, ale brak komunikacji z nimi utrudnia nam przekazywanie posiadanej wiedzy. One same wydają się jednak nie mieć z tym najmniejszych problemów. Nie rozumieją, czemu wciąż mówimy o jakimś tam widzeniu, słyszeniu i czuciu w palcach. One tego nie potrzebują. Rodząc się kalekimi, pozbawionymi znanych nam zmysłów istotami, po swojemu poznają świat. Wykształciły nieznany nam sposób odbierania sygnałów z przestrzeni i czują się jak u siebie w domu, reagują tak, jakby byli nowym gatunkiem człowieka.

Dogadują się między sobą znakomicie i dość dobrze (według dostępnych sobie możliwości) odnajdują w leśnej rzeczywistości. Nasza wiedza wydaje się im zbędna, więc - nie przekazana - przepadnie wraz z naszą śmiercią. Jedyne prawdziwe ujęcie świata zniknie raz na zawsze. To, czego będą doświadczać, będą interpretować już po swojemu i zawsze będzie to tylko cień dawnych mozliwości. Niewolnictwo będzie postrzegane jako naturalna rzeczywistość, a więzienne prawa zostaną przyjęte jako wykładnia moralności.

I taki jest właśnie obraz naszej cywilizacji, trzeciej na tej planecie, cywilizacji, której przedstawicieli pozbawiono wielu zmysłów astralnych i duchowych. Nawet my, widzący i słyszący, korzystamy jedynie z części dawnego potencjału, czasem wspierając go wizją, słyszeniem i stanami istniejącymi już tylko na poziomach duchowych. Staliśmy się ogniwem pośrednim między cywilizacją widzącą, a niewidzącą. Niemniej korzystamy z części dawnych dobrodziejstw, sięgając czasem po ogólnie niedostępne fragmenty wiedzy i zapomniane umiejętności.

Na nikogo się nie krzywimy, nawet na tych, co przeczą naszym słowom, choć wielcy duchowi przewodnicy już przed nami poruszali te same tematy. Oni wiedzieli, że dopiero nadejdzie czas na mówienie o tym, czego pozbawiony astralnego widzenia i słyszenia człowiek nie rozumie. Dziś, ślepy i głuchy, nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje coś niewidzialnego i niedotykalnego, co w każdej chwili może mieć destrukcyjny wpływ na jego ciało i psychikę. Dopuści tę ewentualność do świadomości dopiero wówczas, gdy będzie już na wszystko za późno, wtedy gdy chirurg zabierze się do odcinania gnijącej nogi, psychiatra podpisze wejściówkę na swój oddział albo gdy prokurator z komornikiem sięgnie po twoje akta…

----------

Fragment wywiadu:

- Przyznam szczerze, że kiedy przygotowywałem materiały na nasze spotkanie, to nie przypuszczałem, że egzorcyzmy nie tylko nie mają nic wspólnego z fantazją, ale i że towarzyszy im szereg typowo fizycznych zjawisk. Podejrzewałem co prawda, że wiele rzeczy czy stanów wywołanych przez atak sił żyjących w innych wymiarach może być ukrytych przed fizycznym okiem, a co za tym idzie ich interpretacja może znacznie odbiegać od tego, co na ten temat mówi nauka, ale to, co usłyszałem od bezpośrednich świadków wydarzeń, zburzyło moją pierwotną koncepcję, ujmującą te zjawiska w kategorii zaburzeń psychicznych. Wszystko wydaje się przemawiać za tym, że niewidzialna strona życia nie tylko istnieje i ma się dobrze, ale i że potrafi również przeniknąć do naszego wymiaru i nieźle tu narozrabiać. Bo jakże tu inaczej mówić o gwałtach, o zadawanych ranach, o poparzeniach, o zrzucaniu człowieka ze schodów, kiedy potwierdzają to kamery, zdjęcia i zeznania  naocznych świadków. To co początkowo brzmi jak bajka, okazuje się zjawiskiem dokumentalnym. I dzieje się to nie za granicą, gdzieś tam w innym świecie, w innej kulturze czy w środowisku szamanów żyjących w psychodelicznej układance snów, ale u nas, na naszym własnym podwórku. Sąsiedzi zza drzwi przemawiają jako ofiary, znajomi ujawniają się jako świadkowie nadprzyrodzonych zjawisk, a wiele czasopism przedstawia relacje z wydarzeń, których sprawcami nie są żywi ludzie.

Wypłynęło na powierzchnię także drugie dno tych zjawisk, kto wie, czy nie bardziej przerażające. Myślę o strachu i bezsilności, jakie paraliżują umysł atakowanych osób. Niszczone egzystencjalnie, ranione fizycznie, dręczone chorobami, nigdzie nie znajdują poratowania. Lansujący się w ezoterycznym świecie egzorcyści, specjalne jednostki kościoła i bioenergoterapeuci zawodzą wszędzie tam, gdzie dochodzi do autentycznych paranormalnych manifestacji. Wszyscy ludzie zajmujący się odprowadzaniem dusz nagle się wycofują, gdy zjawisko agresji wychodzi poza obręb ludzkiej psychiki. Bezradnie rozkładają ręce, gdy zło przyjmuje fizyczną postać. W zetknięciu z takimi siłami nierzadko sami padają ich ofiarą.

Wszystko jeszcze w miarę dobrze funkcjonuje, gdy polem ataku jest obszar psychiki, gdy dręczonemu człowiekowi można wmówić winę za wszystko, co się dzieje, i nauczyć go zarazem tak kontrolować myśli i emocje, aby jakoś funkcjonował w swym bezmiarze wewnętrznego cierpienia. W moich oczach taka postawa jest nie do przyjęcia. To jak mającemu złamane nogi dać kostur i pokazać, jak się nim podpierać, by móc się jakoś poruszać. Jest to jednocześnie żywy dowód na to, jak mało wiemy o zasadach tworzących życie psychiczne i energetyczne i dlaczego tak często nie dajemy sobie rady z pozornie prostymi zjawiskami.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego panu udaje się z tym walczyć? Co pan wie ponad to, co wiedzą inni, że potrafi pan nie tylko takich ludzi wyzwolić spod wpływu niewidzialnego agresora, ale i zabezpieczyć ich przed kolejnymi odwiedzinami? Czemu to właśnie pan robi rzeczy, z którymi nie radzą sobie inni, choć to właśnie oni uznają się za biegłych w tej sztuce i do tego uprawnionych?

- Po pierwsze dlatego, że tamten świat postrzegam od dzieciństwa. Pewnie wielu mi zazdrości, słysząc te słowa, ale zapewniam, że w moich czasach takie rzeczy się ukrywało. Temat był wstydliwy i moralnie potępiany. Prawo do takich działań miał tylko Jezus i słudzy kościoła. Wchodzenie w ich kompetencje groziło ośmieszeniem i środowiskową dezaprobatą. Dziś mogę o tym mówić otwarcie, ale nikt nie zliczy łez, jakie wylałem z powodu szykan i potępienia w oczach tych, którym opowiadałem o swoich przeżyciach.

Po drugie coś widzieć, a móc temu zapobieć, to jakby dwie różne rzeczy. W ten drugi etap swojego życia wszedłem dopiero niedawno, gdy rozpocząłem naukę w astralnym mieście Oriin. Cała moja wiedza i umiejętności właśnie stamtąd pochodzą.

- Czy to znaczy, że skuteczność pańskich działań zależy od wiedzy, do której ma pan dostęp w obszarach niefizycznych?

- I tak i nie. Tak naprawdę zależy od mocy energetycznej i duchowej, która wzrasta w miarę duchowego budzenia się istoty ludzkiej. Im człowiek doskonalszy, tym i większą mocą dysponuje. Często w ogóle nie trzeba nic wiedzieć, by skutecznie pomóc drugiemu człowiekowi. Wystarczy samo chcenie.

- Każdy człowiek dysponuje taką mocą czy tylko jednostki  mają do niej dostęp?

- Podoba mi się słowo „dysponuje”. Tak, każdy ma ją w sobie, ale to stwierdzenie wymaga pewnego sprostowania. Dusza i duch są powłokami, w których przebywa świadomość dzięki darowi „obecności”. Taką powłoką jest między innymi ciało fizyczne, egzystencjalne, przestrzenne, duchowe i kosmiczne. Moc należy do nich, a nie do świadomości. To nie my podnosimy kubek z herbatą, ale ciało fizyczne, które nam służy, zachowując przy okazji swoją oddzielność. W uproszczeniu można powiedzieć, że podnosimy kubek za pomocą ciała fizycznego. To samo dotyczy mocy energetycznej i duchowej, która przynależy do duszy i ducha, a nie do nas. Gdy dusza i duch są upośledzone, ich moc jest znikoma, więc i nasze działania są marne. Im czystsza dusza i duch, tym i większa ich moc.

- Czy to znaczy, że tylko pan ma moc zdolną odprowadzać duchy?

- W żadnym wypadku. Bóg wszystkich ludzi wyposażył w to samo. Proszę jednak nie zapominać o cudownym parametrze różnicowania, dzięki któremu nie jesteśmy klonami Adama i Ewy. Byłoby to zresztą strasznie nudne i przewidujące. Będąc kopią jednego wzoru, zawsze byśmy wiedzieli, jak zareaguje drugi człowiek, jakie będzie miał myśli na widok wilka i jak będzie stękał, gdy złapie go podagra. Zróżnicowanie poprzez manipulację w DNA ubarwiło ten świat. Dzięki temu jeden jest wysoki, drugi niski, jeden gruby, drugi chudy, jeden wesoły, drugi markotny itd. To samo dotyczy mocy energetycznej i duchowej. Wszyscy mamy do niej dostęp, ale różnice w jej wielkości mogą być zdumiewająco duże. To jak z Pudzianowskim, który bez problemu rzuca stukilowymi kulami, podczas gdy inni, w tym i ja, mają problem z niesieniem siatki z zakupami. Ja jestem siłaczem w świecie energetycznym. To czego inni tu nie potrafią, dla mnie nie stanowi problemu.

- A kapłani-egzorcyści? Czyż nie otrzymali oni specjalnego prawa do takiej posługi?

- Od kogo? Od papieża czy od Stwórcy? Bo jak od Stwórcy, to siła ich mocy wynika z ich doskonałości. Tu uprawnieniem jest wartość człowieczeństwa (tacy ludzie zawsze będą się rozpoznawać i bratersko witać). Przed ludźmi można udawać, że jest się mocnym i doskonałym, można im wmawiać, że istnieje coś, czego nie ma, ale dla świata duchowego i tak będzie to tylko oszukańcza gra. Tacy właśnie aktorzy działają na rynku ezoteryczno-religijnego biznesu. Mówią wiele o swoich plenipotencjach i zdolnościach, ale w rzeczywistości ich słowa daleko odbiegają od prawdy. Ja robię to, o czym mówię. Robię, bo mogę, bo podobnie jak siłacze tę umiejętność w sobie kształtuję.

- Bez względu na ocenę pana osoby muszę przyznać, że ma pan zdumiewające osiągnięcia w czyszczeniu ludzi i przestrzeni. Na czternaście przypadków, które mi pan podał, udało mi się zweryfikować dziewięć. Dotarłem do dziewięciu ludzi, którym pan pomógł, choć wszyscy pana poprzednicy na tym polu zawiedli. Wszyscy, łącznie z konwencjonalną medycyną, radiestezją i osobami powołującymi się na boskie wstawiennictwo. Nie dały sobie rady nawet te osoby, które dość skutecznie reklamują się w telewizyjnych programach Ezo i na łamach znanych czasopism ezoterycznych. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego osoby z palestry ezoterycznej jak i reklamowanych ośrodków katolickich zawodzą w takich przypadkach?

- Już powiedziałem: nie mają mocy ani rozeznania w tym, co starają się zmienić. Rzecz w tym, że człowiek funkcjonuje w niewidocznym gołym okiem środowisku energetycznym. Ono stale na niego oddziałuje. Co prawda człowiek nieświadomie nauczył się wyrzucać z siebie i swojej przestrzeni energetycznej większość wrogich lub niesprzyjających mu pasm czy istot energetycznych, ale owo czyszczenie zachodzi tylko w stanach o podwyższonej wibracji. Radość, stan kochania, energetyczne czy duchowe uniesienia, gorąca zabawa czy żywe spotkania towarzyskie, tworzenie pięknych realistycznych obrazów w czasie marzeń czy weny twórczej, wszystko to podnosi w nas energetykę, pozwalając unieść się ponad zalegający duszę mrok. Szamański taniec, sztuka, kawiarnia, nawet zwyczajna namiętność pozwalają wydobyć się spod całunu niskich wibracji. Nie ma w tym żadnej filozofii ani też nie trzeba być nadzwyczajnie mocnym i  biegłym w tajemnej sztuce, by odczuwać ruch energii w sobie i nieco nań wpływać. Skutki takich samooczyszczań są bardzo szybko widoczne w psychice, w zachowaniu i w ekspresji egzystencjalnej. Dlatego wielu domorosłych szamanów, widząc spektakularną poprawę swego energetycznego status quo, zakłada mylnie, iż wszystko, czego dotkną swoją energetyczną ręką, ustąpi pod naporem ich mocy, da się przejąć i odprowadzić. To jak ze szczurołapem, który sądzi, że równie łatwo pójdzie mu z lwami, jak i z myszami. Nie bierze on pod uwagę różnicy w wielkości obu drapieżników. Lwa traktuje na równi ze szczurem i z podobnym lekceważeniem wali go kijem po głowie.

Do czego takie błędy doprowadzają wyraźnie widać po zachowaniu ludzi zajmujących się egzorcyzmami. Kościelni egzorcyści przynajmniej z tego zdają sobie sprawę i nie przykładają ręki do jakichkolwiek cięższych przypadków. Spokojnie zaś popatrują na swoją ezoteryczną konkurencję, która w starciu z siłami ciemności pada jak muchy. A potem jej porażki wszem i wobec ogłaszają, samemu windując się na wyżyny domniemanych zdolności. Pracuję w tej branży dość długo i osobiście nie spotkałem się jeszcze z ani jednym przypadkiem skutecznego egzorcyzmowania przeprowadzonego przez katolickich księży. Mają tych ośrodków w Polsce kilkadziesiąt, ale nic nie robią prócz łamania kości opętanym, degradowania ich i potępiania oraz obrabiania przez kościelnych psychologów bądź odsyłania do psychiatry.

 Z zewnątrz ich reklama wygląda dość zachęcająco, ale od strony kuchni widać, że mamy do czynienia z dramatem. Ponieważ o braku ich kompetencji i jawnym oszukiwaniu mówię wprost, to na ich listach i stronach internetowych widnieję jako największe zagrożenie dla szukających poratowania ludzi. Ostrzegają przede mną nawet małe dzieci. W wielu miastach, jak donoszą życzliwi, wspomina się o mnie podczas mszy i pogadanek religijnych. Pytanie tylko, dlaczego to ja leczę chore ciała i skutecznie egzorcyzmuję, a nie oni? Dlaczego to ja, heretyk w ich mniemaniu, idę śladem Jezusa, który uczył ludzi radiestezji, sztuki uzdrawiania i oczyszczania z wrogich energii, a oni, rzekomo Jego wyznawcy, od prawdziwej nauki Mistrza odwodzą nawet wiernych? Co się za tym kryje, jaki cel im przyświeca, skoro manipulację stawiają ponad ludzkim zdrowiem i szczęściem?

Ten sam mechanizm można zaobserwować wśród tzw. braci ezoterycznej. Spora część tej rzeszy ludzi trafiła do mnie na warsztaty. Ale nie po to, by stać się lepszym człowiekiem, ale po to, by robić jeszcze większą kasę. Połowę tych osób widuje się w telewizyjnych programach ezo, a ich zdjęcia można obejrzeć w reklamach poczytnych czasopism. Żadna z nich jak do tej pory ani słowem nie wspomniała o człowieku, który otworzył im drzwi do tajemnej wiedzy. Pysznią się tą wiedzą, epatują nią z ekranów tivi i w artykułach, ale jej nie rozumieją. Na dodatek kilka osób stworzyło sobie nawet nowy ezoteryczny życiorys, w którym przypisują sobie wszystko to, czego ja sam doświadczyłem.

- Domyślam się, że po to ukrywają źródło, by inni z niego nie pili. Ale skoro zaliczyli u pana warsztaty, to na pewno potrafią dużo więcej niż inni?

- Nie do końca. To wygląda nieco inaczej. W przeciwnym razie każdego, kto przyjdzie na siłownię i zapozna się z planem treningów, musielibyśmy uznać za kulturystę-fachowca zdolnego do wygrania zawodów. Samo takie rozumowanie to poważny błąd. Ja otwieram drzwi do zaświatów i uczę praw świata energetycznego i duchowego, ale jak do tej pory ledwie kilka osób ze świata ezoteryki podjęło autentyczną pracę nad sobą, a to właśnie od jej efektów zależy utrzymanie mocy, którą się uzdrawia i egzorcyzmuje. Powiem więcej, w ostatnich dwóch latach około trzydziestu ezoteryków już podczas pierwszych godzin wykładów ostentacyjnie opuściło salę, dając słowny wyraz swemu niezadowoleniu. Paraliżowało ich nawet zachowanie grupy. Byli zaskoczeni tym, że nikt nie pieje z zachwytu nad ich doskonałością, że nie wychwala ich mocy i nie podziwia ich dyplomowej wiedzy. To było po prostu żenujące. Oni szukają nie prawdy, ale potwierdzenia swej wspaniałości. Przybywają po energetyczne wsparcie dla siły własnej manipulacji. Są tak zadufani w sobie, że nawet Boga mierzą ilością złotówek.

- Skoro już nieco zboczyliśmy z tematu, a pana stwierdzenie nabrało pikanterii, to czy mógłby pan w kilku zdaniach podać przykłady mówiące o ich niefachowości? Co w ich wiedzy jest takiego, co stawia ich umiejętności pod znakiem zapytania? Przecież leczą, wróżą, badają strefy promieniowań, doradzają, czy to wszystko jest nieprawdą?

- Za ostro wziął pan moje słowa. Oczywiście, że nie wszystko, bo i nie o wszystkich ezoterykach mówimy. Jest garstka ludzi, którzy rzeczywiście starają się pomóc innym. Robią co mogą, by swoją wiedzą i staraniem wesprzeć bliźnich w cierpieniu. Wspomnę choćby o Andrzeju Gasisie. Ale to są jednostki, które na dodatek nigdzie się nie reklamują. Co najwyżej ktoś gdzieś tam skrobnie o nich jakiś artykuł. Ja mówię o ezoterycznej mafii i ich aktywnych członkach, o ludziach, którzy nie cofną się przed jakimkolwiek szalbierstwem, byle tylko dobrze zarobić. Dla nich nie ma znaczenia, czy to, co mówią, jest prawdą czy też nie. Interesuje ich wyłącznie komercja i brylowanie na salonach. Także ich kwalifikacje i fachowość to mit. Można to porównać do katolickich księży, którzy mówią o ludzkiej miłości, by w ramach tej miłości gwałcić i kraść.

Tak jakoś nieporadnie działa nasz umysł, że łączy wypowiadającego słowa z wartością tych słów. Gdy nasz minister sprawiedliwości mówił o zaostrzeniu kar dla kryminalistów, w oczach wielu jawił się jako opatrzność i do głowy nikomu nie przyszło, że krzewiciel idei prawa sam jest przestępcą. Gdy ktoś mówi o Bogu, natychmiast wydaje się jego reprezentantem, choć jego zachowanie na lekcjach religii może jawnie temu przeczyć. W ten sposób, za pomocą społecznej aprobaty kościół katolicki utworzył w Australii farmy wypełnione setkami tysięcy ludzkich dzieci, które gwałcono, torturowano i mordowano. Kto by przypuszczał, że święta organizacja w walce o swe wpływy doprowadziła także do dwóch wojen światowych, krucjat krzyżowych i wymordowała kilka razy więcej ludzi, niż pochłonął ich stalinowski reżim. A to wszystko przy blasku świec nad grobami pomordowanych i przy użyciu słów o ludzkiej godności.

Ten sam mechanizm stosuje ezoteryka. Zresztą samo słowo ezoteryka oznacza manipulację i podporządkowanie. Tworząc mity, które z prawdą nie mają nic wspólnego, ezoteryka programuje ludzi, podporządkowuje ich sobie, a potem finansowo ssie i emocjonalnie niewoli. Podobnie jak kościół, tak i ezoteryka mówi o Jezusie i Jego naukach (łowiąc na słówka naiwnych), a w rzeczywistości tak zgrabnie kręci informacyjną karuzelą, że tylko otwarty umysł potrafi w tej mistrzowskiej spekulacji dojrzeć całkowite zaprzeczenie wyjściowym tezom.

Podpowiedź: Jezus ukazywał biednym i chorym prostą drogę do wyjścia z kłopotów, dokładnie tę samą, o której od pewnego czasu mówi współczesna nauka, że światło jest lekarstwem na całe zło. Ma ono formę cząsteczkową i falową, co oznacza wprost, iż cokolwiek istnieje, może zamienić się w światło, a potem ze światła przybrać jakąkolwiek inną postać, tę potrzebną choremu. Mistrz ujął to w symbolice jako działanie Ducha Świętego. Co ta prawda oznacza dla biednych? Chociażby to, nie trzeba kupować ziół, farmaceutycznych wyrobów, suplementów czy jakiegokolwiek innego produktu, by być zdrowym, bo cokolwiek zjemy, może zostać w światło przemienione, a więc przekształcone w to, czego organizm potrzebuje.

Czemu tysięczne zastępy ezoterycznych sprzedawców suplementów tego nie głoszą? Czemu nie przypominają o sile ducha i nie proponują wprząc jej w proces zdrowienia? Gdzie się podział Chrystus, ta wewnętrzna moc sprawcza? Czemu nie powiążą Go z marketingiem? Bo to nieopłacalne? Czyżby? Przecież celem ich starań jest rzekomo uzyskanie stanu spełnienia poprzez odczucie jedności ze światem i z drugim człowiekiem. Mówiąc prawdę, zyskaliby dużo więcej, bo nowy świat, bo nowy ład, bo nowy system dużo szybciej zapewniłyby im dobrobyt i świat bez granic. Czy jest tu coś niejasnego? A może im nie o to chodzi, może oni potrzebują czegoś innego, skoro miast bratać się z drugim człowiekiem, tylko na nim żerują? Czyżby posmakowali ludzkiej krwi i jako cząstki systemu budują tylko własne NOWE, wzmacniające ich własną pychę i siłę dominacji? Pewnie tak, bo gdyby było inaczej, gdyby im na bliźnim zależało, powiedzieliby mu wprost, że suplementy powstały z kalafiora, i to o wątpliwej (zmienionej) jakości genetycznej, a skoro tak, to po stokroć taniej i zdrowiej jest go kupić na targu. Ja również proponuję wzbogacić jarzynę światłem Chrystusa, niż tracić kasę na sproszkowane wyciągi. Miast zasilać koncerny, wolę zasilić kieszonkowe własnego dziecka.

To do złudzenia przypomina kościelną intrygę, gdzie mówi się o Bogu kościelnymi słowami. Gdy ja mówię dziecku o ślimakach, to natychmiast rodzi się pomysł pójścia z dzieckiem do parku i pokazania mu tych ślimaków. Niech je dotknie, poobserwuje, nad czymś się tam zastanowi. Czemu więc kościół nie naśladuje tej typowo rodzicielskiej postawy, czemu wiernych nie prowadzi przed oblicze Ojca, tylko skarmia ich czytaniem na okrągło jakiś starożytnych, nikomu nie potrzebnych tekstów? Gdy ja to robię, gdy uczę bezpośredniego kontaktu z Bogiem i światem duchowym, gdy wyręczam kościół w jego własnej pracy, to czyż nie powinienem być za tak religijną postawę nagradzany?

- A czemu tak się nie dzieje?

- Problem w tym, że gdy człowiek usłyszy ducha i Boga, to prócz ich wstawiennictwa otrzymuje też pakiet dziwnych informacji. Przychodzą doń treści, z których jasno wynika, że kościół, choć mówi o Bogu, nie ma z Bogiem nic wspólnego. To jak z ezoterykami, którzy mówią wam o zdrowiu, ale w takim wydaniu, by móc na tym dobrze zarobić. A zarobić można tylko wtedy, gdy utrzyma się w ludzkiej świadomości permanentny stan chorobowy (choroby cywilizacyjne i psychosomatyczne). Gdyby człowiek nie wiedział, że potrzebuje szczepionki, sproszkowanego kalafiora i pośredników w kontaktach z Bogiem, to by leżał sobie teraz spokojnie na łące zdrowy i szczęśliwy, pozwalają Ojcu rozwiewać swe włosy przez wiatr.

Warto pamiętać o tym, że jeśli ktoś nam wmawia, iż potrzebujemy suplementów, a w tym samym czasie na nasze kalafiory spogląda krzywym okiem, to nie sprzeda ich nam, dopóki nie przeprogramuje naszej psychiki. A jeśli to zrobi, to kosztem naszych własnych naturalnych procesów biologicznych – upośledzi je.

Homeopaci i twórcy mandali to kolejna pułapka. Tworzą dla naiwnych pętle energetyczne, nie mając najmniejszego pojęcia o rodzaju energii, ich rotacji i cieniu, jakie w tych malunkach kodują. Tworzą zarazę, która upośledza ludzką strukturę przestrzeni i wprowadza niekorzystne zmiany w DNA. Poruszyłem już tę kwestię na swojej stronie internetowej w dziale „bioenergoterapia”, więc nie będę się na ten temat w tym miejscu rozwodzić – tam odsyłam zainteresowanych. Podobnie jest z twórcami talizmanów, które mogą wręcz zniszczyć ludzki umysł. Także większość kursów z działu tzw. rozwoju duchowego to nic innego, jak tylko kwintesencja ludzkiej głupoty, a przeprowadzane podczas nich inicjacje to najczęściej dla ludzkiej wolności energetycznej  przysłowiowy gwóźdź do trumny. Kolejny kosztowny niewypał to Feng shui. Czy którykolwiek z jej krzewicieli przyznał się kiedykolwiek do tego, że całą tę sztukę wręcz ośmiesza umieszczenie w przestrzeni swego domu czy mieszkania aktywnej modlitwy? Nie? A dlaczego? Zapomnieli wspomnieć, że cała ta ich praca to nic innego, tylko wzbudzenie i utrzymanie w kliencie stałego stanu wiary w poprawę wibracji przestrzennej? 

Historia z odpromiennikami to kolejna niemiła niespodzianka. Nie dosyć że radiestezja jest ledwie raczkującą nauką, kompletnie nie odnajdującą się w badaniu i ocenie ludzkiej struktury przestrzeni, nie mówiąc już o historii czakramów i wewnętrznych płaszczyznach energetycznych, to na dodatek promuje bardzo kosztowne rozwiązania, tylko częściowo modyfikujące fizyczną przestrzeń energetyczną. Przypomnę: fizyczną, bo z jakąkolwiek świadomą energią przestrzenną radiestezja w ogóle sobie nie radzi. Dochodzi do takich paradoksów, że radiesteci nawiedzenia traktują jako cieki wodne i na zastopowanie niskich wibracji proponują barachło, które niczego prócz zawartości portfela nie zmienia. Tymczasem przestrzeń fizyczną można skutecznie wyczyścić z wszelkich wrogich energii jednym skinieniem dłoni w ciągu zaledwie kilku sekund. Dlaczego radiesteci nie mówią o tym wprost i nie odsyłają ludzi do uzdrowicieli duchowych, którzy takie rzeczy potrafią robić od niechcenia? Może dlatego, że taka usługa kosztuje wtedy zaledwie cząstkę tego, co oni sami biorą. Kto ich tam zresztą wie.

A rurowe i murowane piramidy? Co radiestezja wie na temat ich skuteczności, skoro wiele modeli piramid nie tylko nic nie zmienia, ale nawet trwale uszkadza DNA? Ściana w kształcie piramidy a piramida o określonym wewnętrznym rdzeniu to nie to samo. Egipskie pełnokamienne a polskie drewniane czy niemieckie rurowe to dwie różne planety. I gdzie leży sens ich budowania, skoro zwyczajne siedzenie pod zerwaną z drzewa gałęzią bardziej uzdrawia niż spanie w piramidzie? Gdyby było inaczej, to w niej, a nie w pałacu żyliby ich twórcy. Jak to możliwe, że radiestezja nie potrafi odczytywać tak oczywistych zależności? No cóż, prawda jest taka, że radiestezja to nauka raczkująca i wciąż stoi na bardzo niskim poziomie poznawczym. Radiesteci te same teorie i metody badawcze stosują wobec promieniowania wytwarzanego przez ciała fizyczne, jak i energetyczne. Nie mają pojęcia o strukturze czasu i przestrzeni cienia. Dla nich nie ma znaczenia, czy to, co odczytują, jest prawdziwe, czy też odbite w lustrze i kiedy. Gdzie tu rozpoznanie cienia promieniowania i przestrzeni cienia, tworzących płaszczyzny, czy wymiary układające się w tzw. Głębię? Podejrzewam, że prócz Jezusa, który tego uczył, niewielu o tym słyszało, a jeśli już, to nie tykają tematu z powodu jego małej dochodowości. A co, jeśli powiem, że energie trzeba jeszcze odczytywać w ich odwrotnych rotacjach, tak na wyjściu jak i wejściu? Czy ktokolwiek prócz fizyki już na to wpadł? A co z radiestezją duchową, o której wspominał Jezus, a której nie nauczał?

Teraz przynajmniej pan wie, jak wygląda potencjał kościelnej i ezoterycznej wiedzy, potencjał zbudowany na małości, obłudzie i mistyfikacji. I takie samo zakłamanie unosi się wokół wszystkich spraw związanych z ludzką energetyką i tworzonymi przez nią polami. Ludzką ignorancję ukrywa się pod szyldami i pod oklepanymi formułkami. To, że o czymś słyszeli nasi dziadowie, nie oznacza, iż to coś istnieje albo że tak wygląda, jak to się nam wmawia. To jak z uczniami Jezusa, którzy jak matołami byli, tak i nimi pozostali. To, że zajrzałeś do szkoły, nie oznacza, że ją skończyłeś. Co niektórzy nawet mistrza zdradzili i za życia przeciw niemu występowali. Widać wyjątkowo dobrze leżały im na sercu Jezusowe nauki, skoro ostro je krytykowali i głośno wyśmiewali.

Przykładem masowego kitowania jest historia z Pawłem, który nie mógł być uczniem Jezusa choćby dlatego, że nigdy się z nim nie spotkał, czego do tej pory kościół jakoś nie sprostował. Pewnie nikt nie podejrzewał, że takie informacje kiedyś wyjdą na jaw. Wcześniej wystarczyło postraszenie klątwą i spaleniem na stosie, by wszelką herezję zdusić w zarodku. Na szczęście dzisiejsze realia wytrąciły ten oręż z ręki i nikczemna historia morderczego klanu katolików jest dostępna do wglądu każdemu, kto szuka prawdy. A tam wyraźnie stoi, że uczniem jest ten, co na zajęcia chodzi i z wykładowcą się spotyka, a nie ten, co wykładowcy na oczy nie widział, a po jego śmierci jeszcze własne słowa w jego usta wkładał. W ten sposób uczniowie Pawła, żerujący na Jezusowej sławie, złamali wszystkie nauki syna bożego. Ja nie mam zamiaru wierzyć w propagowane przez Pawła i jego wyznawców teorie, jak i w ich opis energetycznego i duchowego obrazu świata, który tylko Pawłowi i jego potomkom pasuje. Mam swój, ten który Bóg umieścił we mnie w chwili mego powołania. I jemu jestem wierny.

To samo dzieje się z ezoterykami, którzy kompletnie nic nie wiedzą o strukturze życia. Tworzą umysłowe koncepcje zlepione z setek zabarwionych rytuałami informacji i wierzą, że są one mistrzowskim odzwierciedleniem ich umiejętności, a nie zręczną mozaiką rozwiązań, którymi osacza się szukających poratowania ludzi. To jak z bioenergoterapią, która jest totalnym nieporozumieniem, kolejną iluzją, gdzie działające oprogramowanie tak mami ludzi, iż nie dostrzegają, że uczą się tego, co sami potrafią. Proszę pamiętać o jednym, wszystko, co oddala człowieka od światła jako źródła wszystkiego dobrego, co nie przypomina nam o jego wszystko przemieniającej i wszystkiemu zaradzającej sile, bez względu na górnolotność słów i oprawę rytuałów, wszystko to jest mało wartościowe i właściwie ma tylko jedno zadanie do wykonania: utrzymać człowieka w narzuconych mu ograniczeniach. Kościół odciął człowieka od Boga, przez co utracił on Ojcowskie wsparcie, ezoteryka zaś utrwala w człowieku słabość energetyczną, przez co zyskuje wiernego klienta. Ale w zetknięciu z prawdziwą siłą z zaświatów każdy z nich, tak rzekomy kapłan jak i ezoteryczny cudotwórca, spasuje, bo poza butnymi słowami o swej chwale nic do zaoferowania nie ma.

- Z tym się poniekąd zgadzam, bo to mi przypomina przypadek pani Agnieszki z Bielska Białej, której własna rodzina przegoniła w końcu znaną egzorcystkę, uznając ją za większe zagrożenie, niż zło, które opętało ich matkę. Po każdym seansie egzorcyzmowania nie tylko ciemne siły się nie uspokajały, ale i brały odwet na pozostałych domownikach. To właśnie tam wypadały szyby z drzwi, ciekła krew ze ściany a gwałtowne i pojawiające się znikąd bóle u trzech osób powodowały nieruchomienie ciała. Pojawiały się także nieprzyjemne zapachy, stukanie i strach, którego niczym nie potrafiono wytłumaczyć. Córka pani Agnieszki opowiadała, że kilkakrotnie usiłowała się z panem skontaktować i za każdym razem rezygnowała z tego pomysłu, bo coś jej podpowiadało, że jest pan kolejnym oszustem. Nie mogła też zrozumieć, jak to jest możliwe, że na odległość potrafi pan zablokować to, czego inni nie są w stanie zrobić nawet na miejscu. Nawet gdy po pana działaniach wszystko się uspokoiło, cała rodzina wciąż w napięciu czekała na powrót złego. Do końca nie wierzyli, że jest po wszystkim. Obdarowano pana brakiem zaufania, który ukształtowali pańscy niechlubni poprzednicy.

Moją uwagę przykuł także przypadek pani Marzeny z Częstochowy, która przez kilkanaście lat była molestowana przez ducha. Jak sama przyznaje, duch wielokrotnie ją gwałcił i bił. Mam nawet odbitki zdjęć, które zrobiła jej córka. Widać na nich wyraźne ślady dłoni pozostawione na ciele. Mimo tych oczywistych dowodów psychiatra bardzo sceptycznie podszedł do sprawy. Dla niego były do samookaleczenia. Nie zadał sobie trudu, by zastanowić się nad tym, jakim sposobem osoba w starszym wieku mogła na środku swoich pleców zrobić wyraźny odcisk własnych dłoni. Podejrzewam, że nie potrafi tego żaden człowiek na świecie, ale jak widać innego zdania był lekarz. Jak mówi pokrzywdzona, prócz ośmieszenia jej i próby umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym nie miał nic innego do zaoferowania. Albo lekarz niepoważnie podszedł do sprawy, albo takie przypadki po prostu go przerastają. Przypuszczam, że gdyby wpadła w jego ręce dwadzieścia lat wcześniej, to bez chwili zastanowienia zafundowałby jej elektrowstrząsy.

A co pan sądzi o sile agresji, z jaką duch obezwładniał jej ciało? Jak mówi sama poszkodowana, każde uderzenie nieczystej siły przypominało oblewanie wrzątkiem. Na zdjęciach wyraźnie widać zaczerwienienia jak po poparzeniu. Czy w swojej praktyce spotykał się pan z takimi przypadkami?

- Incydentalnie. Bardzo rzadko mamy do czynienia z agresją fizyczną. Najczęściej jest to atak na psychikę. Tu niewidzialne siły z wolna przejmują obszar myśli i emocji. Dusza to nic innego, jak postawa wynikająca ze wzajemnej współpracy myśli i emocji, co nazywamy wzorem lub charakterem. Przez uzyskanie kontroli nad nimi łatwo już wpływać na rodzaj tworzonych przez opętanego relacji z ludźmi i ze światem. W ten sposób opanowuje się psychiczny i egzystencjalny obszar istoty ludzkiej. Są to jednak powolne procesy, nie tak gwałtowne, jak w przypadku agresji fizycznej, i czasem trzeba miesięcy lub lat, by zauważyć, jak bardzo zmienił się człowiek i jego życie.

Zdecydowanie lepiej widać to w przypadku nawiedzeń, gdy energetyczny agresor tworzy w fizycznej przestrzeni niskowibracyjny dół energetyczny. Już sama wibracja potrafi doprowadzić do uszkodzenia błon energetycznych, spadku energii komórkowej w organach ciała fizycznego, jak i zachwiania równowagi psychicznej, a co tu dopiero mówić o umiejętnym wykorzystaniu stałego dostępu do istoty ludzkiej i całości jej przestrzeni. W nawiedzeniu siły zła nareszcie widzą wszystko, z czym styka się człowiek, a więc i na wszystko mają większy wpływ niż dotychczas. Dlatego ludziom z nawiedzeniówki dość szybko psują się relacje w pracy i w domu, a rosnące oddzielenie zamyka ich w pułapce osamotnienia i egzystencjalnej zapaści. Poziomy upadku są różne. Siłom zła nie tyle chodzi o całkowite zniszczenie istoty ludzkiej, co o uczynienie z niej honorowego dawcy energetycznej krwi. Czasem agresor pod siebie zmienia naturę człowieka, dopasowując go do własnych schematów. Dziwimy się potem, że spokojny dotąd człowiek zaczyna nagle pić i przeklinać, podobnie jak zmarły jakiś czas temu krewny.

- Jakie przypadki najbardziej panem wstrząsnęły?

- Powiem tak, dla egzorcysty najgorszą rzeczą nie jest widok dręczonego ciała, ale odczuwanie w samym sobie zagęszczającej się obcej obecności. Niektóre istoty potrafią wytworzyć tak duże ciśnienie, że zamiera serce, a głowa pęka w szwach. Doświadczanie takiego rozrywania od środka to naprawdę straszne przeżycie. Te stany do dziś jeszcze czasami odczuwam. Momentami ból jest tak wielki, że w czasie zabiegu mocno stękam, co niektórych ludzi zaskakuje, a nawet krępuje. Z kolei osoby egzorcyzmowane najczęściej doświadczają ruchu czy dotyku z zewnątrz. Są ściskane, gniecione, targane za włosy, nawet ciągane po podłodze. Podkłada im się niewidzialne przeszkody pod nogi, a nawet gwałci w obecności innych ludzi.

- Wspomina pan pewnie o pani Ewelinie, która nieopatrznie zaprosiła ducha do własnego łóżka?

- Między innymi. Dla mnie to nie nowość. Do mnie przychodzą nawet osoby, które w opętaniu zabiły innych. I co mam zrobić? Zgłosić to na policję? A kto jest winny, opętany człowiek czy duch opętujący? Kogo skażą: człowieka czy zjawę? To naprawdę trudne tematy.

Co do Eweliny, to pierwszy kontakt z ciemnością miała, gdy skończyła szesnaście. Relacje w rodzinie nie układały się tam za dobrze, więc jedyną dla niej odskocznią od rodzinnych kłótni była emocjonalna zażyłość z kolegą z klasy. Kiedy ten obrócił swe zainteresowania w stronę jej przyjaciółki, podwójnie poczuła się samotna, odtrącona i niechciana. Zamarzyła o kimś, kto by ją kochał i tulił, kto byłby zawsze obecny. No i stało się: znalazła w końcu przyjazną duszę, tak samo samotną i odtrąconą. Marzenie stało się rzeczywistością, w tym przypadku rzeczywistością przeklętą. W czasie masturbacji, gdy była w gorącym uniesieniu, poczuła obok siebie drugą fizyczną obecność i jej uległa. I tak to się zaczęło. Współżycie trwało blisko dwa lata. Problemy zaczęły się, gdy zamarzyła o kimś żywym, gdy zaczęło ją ciągnąć do towarzystwa i imprez. Zazdrosny duch, przyzwyczajony do jej stałej obecności w domu, zaczął ją szarpać, drapać, bić, a z czasem i spółkować bez jej przyzwolenia. Z miłego kochanka stał się bezwzględnym oprawcą. Dziewczyna wpadła w przerażenie i przestała chodzić do szkoły. To nie spodobało się rodzinie, która - by nie ciągano ich po kuratorium - wymogła na niej bezwarunkowe powroty do domu zaraz po lekcjach. Z obawy przed ośmieszeniem czy zamknięciem w szpitalu wybrała kiśnięcie w domu i stałe molestowanie.

Dziwi tu stanowisko najbliższej rodziny, która dla swej wygody spisała szczęście córki na straty. Najpierw próbowali całą sprawę wyciszyć, potem się do wszystkiego przyzwyczaili. Działali tu księża i egzorcyści, psychiatra z przychodni faszerował lekami, a pozostali krewni doradzali, jak osłabić opętanie. Wszystkie wysiłki spełzły na niczym. Pogorszenie sytuacji nastąpiło latem, gdy duch zaatakował Ewelinę  w szkole. Przerażona wybiegła z klasy, a duch dokończył diabelską zabawę w toalecie. Przestało mu wystarczać spółkowanie z nią w domu. Nagle stało się jasne, że bez szpitala się nie obejdzie. Tylko tam mogli ukryć szkolne nieobecności i sińce.

Ciotka Ewelinki dotarła do mnie przez przypadek. Bez problemu skasowałem nawiedzenie i odprowadziłem nieczystą duszę. W jednej chwili wszystko ustało. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Po miesiącu, pokonując trzysta kilometrów, ojciec Eweliny przyjechał do mnie osobiście i wręczył dodatkowo dwa tysiące złotych. Nie wziąłem. Wtedy rozpłakał się jak dziecko. Potem dużo mówił o pewnym egzorcyście z miasta K…, który naciągnął go na spore sumy i narobił sporo afer. Nie wiem, co robił w czasie jej wielogodzinnych modlitw, gdy była ubrana tylko w białe prześcieradło, ale musiało to być traumatyczne dla niej przeżycie, skoro rodzina zaczęła się zastanawiać nad wniesieniem sprawy do sądu. Odradziłem, starając się oszczędzić Ewelinie ponownej traumy, a przy okazji wyjaśniłem, co tego człowieka doprowadziło do takiego szaleństwa.

Ledwie zatroskany ojciec przełknął te wyjaśnienia, a już przypomniał sobie o udziale kościoła w ratowaniu córki. Pił herbatę i narzekał. Zrzucał z siebie wszystko, z czym do tej pory nie mógł sobie poradzić. Wtedy ujrzałem człowieka, który więcej nie da się nabrać na blichtr kościelnych i ezoterycznych świeczników.

- To było mocne. Dlaczego nie podał mi pan adresu do tych ludzi?

- Inne namiary powinny panu wystarczyć. Mam co prawda w zanadrzu więcej takich przypadków, ale przecież nie o potwierdzenie moich umiejętności tu chodzi, ale o ogólne rozeznanie w całości rzeczy. Poza tym nie mógłbym tym ludziom znów w głowach mieszać. Oni już swoje przeżyli.

- To prawda… Jest pan jedynym egzorcystą, który się nie reklamuje. Czy to specjalnie zamierzone?

- Nie. Ja jestem po prostu zapracowany. Mam ręce pełne roboty. Poza tym nie jestem egzorcystą, tylko uzdrowicielem duchowym. Czyszczę i uzdrawiam całą ludzką istotę, a nie tylko ciało fizyczne czy psychiczne. Oczywiście w zakresie mi dostępnym. Żadnym cudotwórcą nie jestem. Staram się, jak mogę, by być dobrym rzemieślnikiem.

- Rozumiem… Zapoznałem się z pańską stroną internetową. Jest kontrowersyjna, i to mocno, ale gdy się przyjrzy całości, to widać w tym sens, rys nowego, głos, którym zaczyna w końcu przemawiać cała cywilizacja. W odniesieniu do starożytnych tekstów nie jest to może aż tak odkrywcze, ale to pan i nikt inny podaje na swojej stronie techniki, dzięki którym można wzrastać i pojmować całą rzeczywistość. I za to należy się panu ukłon, takie ciche podziękowanie za nieodpłatne dzielenie się wiedzą, do której pewnie niewielu ma bezpośredni dostęp.

- Okey…

- Wracając do tematu. Czy pana najbliżsi byli kiedykolwiek dręczeni przez istoty energetyczne?

- Nie ma co daleko szukać. Wystarczy na mnie spojrzeć. Sam rok temu przeżyłem taki atak. Miało to miejsce w Mielnie na podwórku posesji, gdzie wynajmowałem pokój. Tam zwyczajowo nocuję, gdy w Koszalinie organizuję warsztaty. Tak naprawdę naciski ciemności zaczęły się kilka dni wcześniej i miały związek z moimi przemianami. Zazwyczaj tak się dzieje, że towarzyszące zmianom zapisów w DNA ciśnienie tak wzrasta, iż jest natychmiast odczuwane przez istoty operujące wokół naszej przestrzeni energetycznej. A jak pan wie, nikt nie lubi, gdy na jego działce ktoś obcy zaczyna bezprawnie budować dom. Tym razem komuś mocniejszemu musiałem zaleźć za skórę, bo siła, która mnie zaatakowała, była wyjątkowo agresywna. Być może uniknąłbym starcia, gdybym był bardziej ostrożny, ale przyzwyczajony do energetycznej beztroski, zapomniałem o środkach ostrożności.

Była noc. Lampy uliczne świeciły blado, a światło z bagażnika niewiele poprawiało widzenie otoczenia. Nie byłem w stanie rozpoznać twarzy postaci, która nagle, zdecydowanie, choć w miarę spokojnie wtargnęła na teren posesji. Światła ulicznych lamp wyraźnie ukazywały kontur wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny, ale nie ukazywały niczego więcej. Po ruchach szło się domyślać, że człowiek czegoś szuka. Lato, noc, miejscowość nadmorska, pomyślałem, że pewnie rozgląda się za wolną kwaterą. Nie przejmując się nim, dalej wyciągałem torby, czekając, aż nieznajomy podejdzie bliżej. Nie wiem kiedy ani jak, czy czas stanął, czy coś przeoczyłem, gdy nagle, w ułamku sekundy zniknął dzielący nas dystans i poczułem mocny uścisk na lewym nadgarstku. Znieruchomiałem, zaskoczony tym co się stało – zostałem sparaliżowany. Od razu wiedziałem, że jest źle. Nie tylko po oczach czarnej postaci, które wyrażały niekończący się ból, ale przede wszystkim po jej potwornie potężnym uścisku. Nie potrafiłem się nawet ruszyć. Dopiero gdy na nadgarstku buchnął ogień, zmobilizowałem wszystkie swoje siły i odskoczyłem na bok. Postać natychmiast zniknęła, ale nie ogień, który trawił stalowy zegarek. Ból był nie do zniesienia. Prawą dłonią, parząc palce, rozpiąłem w końcu bransoletkę i zrzuciłem zegarek na ziemię. Wyglądał jak roztopione żelazo, był cały czerwony. Agata, która stała przy mnie, była przerażona. Natychmiast pobiegłem na górę i wsadziłem rękę do zimnej wody. Tam gdzie zegarek dotykał skóry, tkanka była przepalona do żywego mięsa. Nie jestem wytrzymały na ból, więc wewnętrznie wyłem jak zarzynany zwierz. Wewnątrz ręki ogień wciąż płonął i się rozszerzał. Wszystko się we mnie gotowało i zapadało zarazem w dziwną bezkresną otchłań, jakby umierało ciało fizyczne i dusza. Gubiłem się. Nie potrafiłem wejść w modlitwę.

Agata była bardziej opanowana. Nie zważając na moje jęki, weszła w modlitwę i ściągnęła wszystkie informacje. Co najdziwniejsze, mimo jątrzącej się rany Góra odradziła nam jazdę na pogotowie. Piekielny ogień sam miałem w sobie zgasić. Nie uwierzy pan, ale udało mi się to dopiero po godzinnej modlitwie. Ból ustąpił, choć rany nadal krwawiły i ciekło osocze. Do dziś pozostały blizny, choć są znacznie mniejsze niż wtedy. Dziś to gładka tkanka, wtedy były to dziury w żywym mięsie. Ciekawostką jest to, że ogień nadtopił także fragment oczka stalowej bransolety, a mimo to mechanizm zegarka pozostał nienaruszony. Nawet bateria wyszła z tego bez szwanku. Nic jej nie ruszyło. Tak jakby żar trawił tylko stal.

- Powiem szczerze, że gdyby nie blizna na pana ręku i zdjęcia, to trudno byłoby mi uwierzyć w tę historię.

- Takich mam na swoim koncie dużo więcej. Podam może jeszcze jedną z nich. Było to gdzieś z rok po rozstaniu się z moją drugą żoną. Nie miałem wtedy pracy i ledwie wiązałem koniec z końcem. Było tak źle, że na jedzenie mogłem przeznaczyć zaledwie pięć złotych na dzień. Nie mając pracy, remontowałem dom i dużo się modliłem. Ścierałem się wtedy z nawiedzeniem i siłami opętującymi, więc było mi ciężko jak jasna cholera.

Jednego dnia tuż przed południem poczułem punktowe uderzenie w plecy. Z bólu aż przysiadłem. Był tak paraliżujący, że straciłem oddech. W pierwszej chwili pomyślałem, że wypadł mi dysk. Położyłem się na deskach, ale paraliż – miast słabnąć - zaczął rozprzestrzeniać się po całym ciele. Był tak straszny, że poza czekaniem na jego ustąpienie, nie mogłem o niczym innym myśleć. Jakiś czas potem w szyję i płuca ktoś wbił mi dwa mroźne pręty. Wtedy przestraszyłem się nie na żarty. Miast walczyć o odzyskanie władzy w ciele, musiałem się skupić na jak najmniej aktywnym oddychaniu. Każdy, nawet najmniejszy przepływ powietrza przez płuca rozrywał mi klatkę piersiową, a oczy zdawały się wypadać z czaszki.

Mieszkałem sam, nikt do mnie nie przychodził, więc nie pozostawało mi nic innego, jak tylko leżeć i modlić się o przetrwanie. W tamtym czasie stawiałem dopiero pierwsze kroki w duchowości, więc na niczym się nie znałem. Dogorywałem, czekając na cud. Pod wieczór ciało całkowicie odmówiło mi posłuszeństwa i samo zaczęło wydalać wewnętrzne płyny. Chwilami to nie wiedziałem, czy jeszcze żyję, czy nie.

Na drugi dzień pojawił się z boku szyderczy głos. Świadomie mówię „pojawił”, bo on był materialny, był żywą bezpostaciową masą. Nieźle mi napsuł krwi. Szydził ze mnie, wyzywał, przypominał grzechy, a co najważniejsze, był bardzo zły za to, że nie chodzę do kościoła. Pamiętam dobrze, że w zamian za uwolnienie, bym mógł się na nowo odrodzić, zaproponował mi uczestnictwo w mszy świętej. Wtedy przypomniałem sobie, w jakich okolicznościach zamknąłem za sobą te drzwi. Miałem wtedy cztery lata. Moja matka była religijną fanatyczką, więc chodzenie do kościoła było minimum duchowych obowiązków, jakie spadały w tygodniu na członków chrześcijańskiej rodziny. Już wtedy znałem wszystkie pieśni i teksty na pamięć, a większość z nich mogłem recytować bez zająknięcia.

Bardzo przejmował mnie widok osób spowiadających się i przyjmujących komunię świętą. Uznawałem to za czyste i szlachetne, ale zarazem jakby za fałszywe i nie do przyjęcia. Mogą pana dziwić takie przemyślenia w małym dziecku, ale tak rzeczywiście było. Byłem dojrzały jak na swój wiek. Pamiętam jak dziś, co się stało, gdy swój wzrok skupiłem na starszej kobiecie, która jak co każdej niedzieli tak i wtedy spożywała przeprosinowy opłatek. Nie wiedziałem, jak to pogodzić z wewnętrznym przekonaniem, że to nie ta układanka. Wtedy usłyszałem głos stojącej obok mnie kobiety, która mówiła do swojej koleżanki: „To naprawdę święta kobieta. Ona wciąż się spowiada”. Innego zdania był „opiekun” tamtej kobiety, który spojrzał na mnie i załamując ręce powiedział: „Kiedy ona przestanie wreszcie grzeszyć?” Te słowa były wszystkim, czego potrzebowałem, by zrozumieć, że moje wątpliwości co do przymusowego chodzenia do kościoła były uzasadnione. Od tamtej pory wiedziałem, czym jest ludzka obłuda i ludzki upadek. A miałem zaledwie cztery lata. To co wtedy zaszło, próbował teraz diabelski głos we mnie odwrócić. Uśmiechnąłem się, odczułem Boga przy sobie i po dwóch dniach żarliwych modlitw wróciłem do żywych. Znów mogłem się poruszać.

- A co rodzice na to? Informował ich pan o swoich przeżyciach, o wątpliwościach odnośnie sensu chodzenia do kościoła?

- Matce się to nie podobało. Zaciekle to we mnie tępiła. Uważała, że jestem opętany i pozbawiony zdrowego rozsądku. A ja też się z tym przed nikim nie chwaliłem. Już pierwsze próby mówienia o tym boleśnie się dla mnie skończyły. Ojcu zaś to nie przeszkadzało. Miał podobne zdanie do mojego.

- Mam tu przed sobą zdjęcie pana Waldka, którego brutalnie napastowały duchy. Raz tak silnie go pobiły, że jak trafił do szpitala, to sprowadzono policję. Pamięta pan ten przypadek?

- Przecież sam go panu podsunąłem. To był rzadki przypadek wystąpienia Strefy Mroku, kiedy to przestrzeń kontaktową tworzą istoty potężniejsze od ludzkich dusz. Niespotykane było też to, że ostatnie pobicie trwało zaledwie sekundę, a wyglądało tak, jakby ktoś okładał go kijem przez dobrych kilka minut. Coś go rzuciło na podłogę, a gdy upadł, poczuł ból i pieczenie na całym ciele. W jednej chwili coś go posiniaczyło, potargało ubranie i obrzuciło błotem. O tyle było to dziwne, że incydent miał miejsce w czystym, wysprzątanym mieszkaniu. Jakby całe pobicie odbyło się w innej rzeczywistości, po czym ofiarę na powrót wrzucono do jej mieszkania.  

- Z tego co wiem, nękanie trwało kilka miesięcy, ale dopiero ten atak poważnie przestraszył pana Waldka. Zaczął się też poważnie zastanawiać nad tym, czy przyznanie się do tego, że mieszka z agresywnymi duchami, nie skończy się dla niego źle. Sytuacja była podbramkowa: z jednej strony fizyczny atak, z drugiej leczenie zamknięte. Sam byłbym w kropce. Na szczęście trafił do pana i wszystko się udało.

- No tak. Poszło gładko.

- A ma pan liczne porażki?

- Jeśli chodzi o egzorcyzmy, to żadnych. Zawsze jestem skuteczny. Przynajmniej gdzieś od czterech lat. Wcześniej czasem coś nie wychodziło. Dziś odprowadzam wszystko i zawsze zamykam przestrzeń. Nie pozostawiam nawet cienia złej energii. Inną kwestią jest pozbycie się przyzwyczajeń, nawyków, według których funkcjonuje człowiek w czasie opętania. Czasem trzeba czasu i pomocy bliskich, by psychika ustawiła się pod nowy wzór, by myśli i emocje zaczęły znowu poprawnie funkcjonować. Najgorzej jest z ludźmi, którzy w ogóle mają problemy psychiczne i nie potrafią normalnie żyć. Wielu z nich widzi duchy, słyszy głosy, kontaktuje się z inną rzeczywistością. Czasami są to wytwory ich wyobraźni, a czasami autentyczne stany. Im najtrudniej pomóc. Z jednej strony trzeba wyczyścić teren i ustawić psychikę, z drugiej nauczyć ich korzystania z nowego wzoru. Nigdy nie wiadomo, czy znajdzie się ktoś bliski, kto im w tej przebudowie pomoże. Zostawieni sami sobie, wracają do starych nawyków i zaczynają znów widzieć to, czego tak naprawdę już nie ma, ale czym chce się karmić ich wyobraźnia. Tu dobrym wyjściem jest pomoc psychoanalityka, który ma czas na rozkładanie dnia na minuty a obrazu na elementy. Wtedy można ukazać inne sposoby łączenia minut i scen, a co za tym idzie i inne sposoby łączenia myśli i emocji w postać wzoru, zwanego postawą czy zachowaniem. Ja na takie zajęcia nie mam czasu, choć w dziale „Dla osób po konsultacjach” opisałem, jak każdy oczyszczony człowiek bez problemu może taką pracę nad sobą wykonać. Niestety, osoby z naturalnie uszkodzoną psychiką, osamotnione, mają z tym trudności.

- To trochę przypomina przypadek pani Zosi, która miała poważne trudności z powrotem do normalności. Z nią nie tak łatwo panu poszło. Pani Zosia już nie pamięta, czy interweniował pan dwa czy trzy razy, nim wszystko ustąpiło, nim wróciła do całkowitej równowagi. Jak to było?

- Wszystko ustąpiło za pierwszym razem, ale jej rozchwiana psychika nie potrafiła tego przyjąć do wiadomości. Mówimy przecież o osobie wiekowej, samotnej od wielu lat, odciętej od rodziny. Jej najbliżsi przestali utrzymywać z nią kontakt z obawy, że zło dobierze się i do nich. A mieli się czego bać, skoro niejednokrotnie widzieli krewną katowaną i jak w horrorach rozciąganą po ścianie. Dawali na mszę za jej duszę, ale widzieć w swoich progach nie chcieli. W końcu przyzwyczaiła się do samotności i do ciągłego strachu. Nie umiała już inaczej funkcjonować. Nawet po moim zapewnieniu, że będzie dobrze, odtwarzała przeszłe sceny i nimi żyła. Całkowicie doszła do siebie dopiero po kilku miesiącach. I to należy uznać za sukces.

Najgorzej jest z osobami, które po moich działaniach dalej same mieszkają lub są nadal odrzucane przez najbliższych. Zamknięte w kręgu wspomnień, ożywiają przeszłość do tego stopnia, że w ich psychice wszystko powoli się odtwarza. Gdy w tym okresie zabraknie im wsparcia, ciepłego słowa i czułości, to zapisana w nich przeszłość znów może ożyć. Ducha już nie ma, nawiedzenie zniknęło, ale w ich wyobraźni to wszystko ożywa i znów wkracza w egzystencję. Takim ludziom społeczeństwo funduje tylko jedno rozwiązanie: odosobnienie lub leczenie chemiczne, które ma stłumić wspomnienia i oddzielenie.

- Rozumiem, że chodzi tu o utrzymanie psychiki na właściwych już torach. Pan to nazywa, jak sobie dobrze przypominam, przyzwyczajeniami. Nawet podaje pan sposoby, jak owe przyzwyczajenia zmienić, ale by z nich skorzystać, psychika powinna funkcjonować na względnie komunikatywnym poziomie. Gdy jest zamknięta w obrębie własnych myśli i przeżyć, pańskie sposoby raczej zawodzą.

- Tak. Podobnie jest z psychiatrią. Gdy ja nie potrafię pomóc, ona też nie. Ale wystarczy przyjaciel, troszcząca się osoba, chwilowa zmiana środowiska, by przypominane zręcznie nakazy o potrzebie życia przyszłością zakorzeniły się i dały spodziewane rezultaty. W ten sposób uratowano jednego pana, nie pamiętam imienia, który po zdjęciu opętania wyszedł w końcu ze szpitala i dzięki wsparciu rodziny odzyskał pełny potencjał psychiczny.

Takie podejście do pacjentów nie jest żadną nowością. Już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku stosowano eksperymentalne terapie, gdzie miast truć ludzi lekami, zawożono ich do spokojnych miejsc i zapewniając wikt i opierunek, pomagano odnaleźć się w przyjaznym środowisku. Efekty takiego leczenia przeszły najśmielsze oczekiwania - do zdrowia wracało 90% chorych. Ale je zarzucono. Boję się zapytać, dlaczego.

- A nie myślał pan o współpracy ze szpitalami psychiatrycznymi? Sam pan wspomina, że 90% chorób psychicznych ma podłoże energetyczne, a nie fizyczne. Czyż nie dobrze byłoby oficjalnie wykazać się swoimi umiejętnościami?

- Miałem takie związki ze szpitalami i muszę przyznać, że efekty moich zabiegów bardzo dobrze odebrano. Rzecz w tym, że prędzej czy później dochodziło do otwartej konfrontacji moich technik z prawnie chronioną akademicką medycyną. Miałem z tego powodu sporo nieprzyjemności, a nawet grożono mi sądem. Jeden z lekarzy, który był łącznikiem między mną a chorymi, nie tylko stracił pracę, ale i pozbawiono go prawa do wykonywania zawodu. Dopóki stanowisko psychiatrii się nie zmieni, to współpraca z nimi zawsze będzie, delikatnie mówiąc, śmierdzącą sprawą.

- Skoro miał pan osiągnięcia w leczeniu zaburzeń psychicznych, to dlaczego powstał konflikt?

- Właśnie z powodu tych osiągnięć. Jedna z matek wygadała się nieopatrznie, że może by tak zmienić przepisane dziecku leki, bo mi wyszło na skalach, że one nie działają, tylko szkodzą. Nigdy tak bezpośrednio nie mówię, bo wiem, czym to grozi, co najwyżej sugeruję zainteresowanym, by zwrócili uwagę lekarzowi na to, czy aby nie można zmniejszyć dawek lub jeszcze raz przyjrzeć się terapii. Nie jestem przecież psychiatrą i na chemii się nie znam. Staram się tylko jak najlepiej odnaleźć w zaistniałej sytuacji. No i rozpętało się piekło. Co ja przeżyłem, czym mi grożono… Zmieńmy lepiej temat.

- Rozumiem, że to tam posypały się głowy?

- Te spadły jeszcze gdzie indziej. Powiem tak, komornik, prokurator, urząd skarbowy a psychiatra to jedno i to samo pobojowisko. Wejdziesz, zginiesz, nawet nie będziesz wiedział, kto strzelił. Możesz nie wiem jak być dobrym człowiekiem, porządnym obywatelem i skutecznym uzdrowicielem, a i tak zawsze będziesz traktowany jak odpad. To systemowi ludzie. Wystarczy, że coś im nie podpasuje, jakakolwiek drobina poddająca w wątpliwość ich wspaniałość i nieomylność, a zniszczą cię bez względu na to, co zrobiłeś.

- Odnoszę wrażenie, że psychiatrią się pan zmęczył?

- Najadłem i zatrułem… I w tym miłym akcentem możemy zakończyć naszą rozmowę i napić się kawy.

- W takim razie dziękuję za rozmowę i życzę takich samych sukcesów jak do tej pory…

- Niech będzie…