vimeo
youtube

Strona główna » Autor » Zło (sekty) kontra Popko » Sekta powarsztatowa

PobierzDrukuj

Sekta powarsztatowa

A teraz parę słów o sile zła, które rozkłada podążających ku światłu ludzi. W paru zdaniach pragnę naświetlić działanie kilku osób, które zaliczyły warsztaty i których wolę i świadomość zniewoliła potem ciemność. I proszę przy tym zapamiętać, że wzmiankowane osoby (imiona zmieniono) są tymi, które miały pewne pojęcie o toczącej się z ciemnością wojnie i które w pracy nad sobą wykonały pewne postępy. Niestety za małe, by ciemność nie pochwyciła ich w swe macki poprzez ostałe w nich resztki ludzkiej niedoskonałości. Na marginesie dodam tylko, że tekst nie jest przeznaczony dla osób postronnych. W pełni pojmą go warsztatowcy, inni mogą odczuć ledwie charakter energetycznych przetasowań, więc proszę ich, by potem nie zabierali w tej sprawie głosu bądź nie szukali wyjaśnień w dziale pytań i odpowiedzi.:

Videoblog: "Duchowe Ja. Ujrzyj moc ukrytą w INTENCJACH. A potem płacz lub się ciesz."


Subskrybuj nasz kanał POPKO TV na YouTube tutaj (klik).

Pamiętacie, jak padła pani Aldona z Warszawy, która rozpoczęła ruch odnowy w tym mieście? Mimo odwagi, mimo niezłego poziomu duchowego, mimo starań w krzewieniu wiary w ideę otwartego serca, sama padła ofiarą słabości tegoż serca.

Nieumiejętność wybaczenia jednej ze znanych sobie osób pewnych wydarzeń z przeszłości, które zresztą jej osobiście nie dotknęły, oraz zamykanie się w hermetycznym kręgu wahadełkujących, do którego nie dopuszczała osób z zewnątrz, tłumacząc to niechęcią do odsłaniania spraw osobistych, które owe osoby od jakiegoś czasu wspólnie badały to wszystko razem, jak i nie przerobione wciąż wywyższanie się, sprawiło, że izolująca się od świata grupa wpadła w sidła iluzji. Wystarczyło wprowadzić do grupy nieprawdziwe dane podczas zwodniczych objawień, by zatruły iluzją duszę, by owe osoby uwierzyły, że to one, a nie ludzkość, są jedynymi przedstawicielami Boga na tej planecie. Złote szaty, które zaczęły otrzymywać osoby z tej grupy, kolorowe wizje przyszłości z udziałem ich jako czczonych wyzwolicieli, a nie jako braci i sióstr, do tego stopnia zmąciły ich poprawne widzenie świata, iż cała grupa opowiedziała się nie za pracą nad sobą, ale za utrzymywaniem wizji własnej doskonałości, której nic zarzucić nie można już było i której należał się szacunek pozostałej części świata.

Pamiętajmy, że mówimy o osobach mających tylko pewien stopień nieprzepracowanego wywyższania się i nie przebaczenia innym, u których pozostałe parametry stały ponad przeciętną. Ale i to wystarczyło, by przez głód mocy i autorytetu owe osoby zezwoliły na wejście ciemności, która aż kanałem Heliora odchyliła Jasną Płaszczyznę i usidliła owe osoby raz na zawsze. Moc światła natychmiast od nich odeszła, przez co owe osoby odwrotnie niż dotychczas zaczęły gromadzić wokół siebie innych warsztatowców, roztaczając przed nimi własną glorię i chwałę, co miało oznaczać, iż duchowy splendor spadnie i na tych, co dołączą do towarzystwa wzajemnej duchowej adoracji. Potrzeba pracy została automatycznie odsunięta na plan dalszy, za to pojawiły się tajemnicze przekazy od przedstawicieli obcych cywilizacji.

Zaczęła się prawdziwa telefoniczna nagonka na wszystkich, z którymi można się było skontaktować. Do wspólnej biesiady starano się pozyskać każdego. Wszem i wobec głoszono, że mnie pochłonęła ciemność (rok 2008) i że Bóg od tej chwili przemawia tylko ustami ich prorokini. W wyniku tych działań wiele osób, które do nich dołączyły, utraciło moc, odtwarzając w sobie egoizm i chciejstwo, wielu ledwie uszło z życiem z wypadków, a niektórym posypało się życie, i to bardzo gwałtownie. Przyczyna: głód duchowej mocy. Mocy... Rzecz, jaka się tym osobom nie należała z racji wciąż niewystarczającego poziomu doskonałości energetycznej. Rozsyłane wszem i wobec informacje o końcu naszej idei nie sprawdziły się, ale ciemność osiągnęła swój cel: prawie 30 osób odeszło z naszych szeregów, a od kilkunastu Moc odeszła bezpowrotnie. Nasze szeregi zostały uszczuplone. Osoby, które zeszły szerzyć wiedzę o sile ludzkiego serca padły w starciu z własnym chciejstwem.

Kolejne uderzenie poszło w jednego z naszych braci, który ludzkie prawo moralne postanowił podpiąć pod ideę Światłości. Kombinował jak mógł, by uzyskać MOC do własnych celów. Interesował go tylko święty biznes, czyli kasa. Ale ów pokrętny zamysł był całkowicie słuszny: miał prawo do robienia pieniędzy. Jak znana nam warszawska pani, która przychodziła do mnie na konsultację ze stertą zdjęć osób, które czyściłem i uzdrawiałem, a od których kasowała ona potem setki dolarów za jedno działanie, tak i ów pan, nazwijmy go Janem, nie kradł, a tylko swoją pomysłowością przyspieszał zdobycie majątku. Podobnymi kryteriami kierował się też pewien egzorcysta, który dwukrotnie zaliczał warsztaty tylko po to, by być skuteczniejszym w swoim rzemiośle, gdzie za usługę liczył standardowo po 4 tysiące złotych. Chyba nie muszę nadmieniać, że Moc szybko go opuściła. Miast wzrastać, miast pomagać innym, miast cieszyć się z tego, że w jego życiu zagości radość, myślał wyłącznie o korzyściach finansowych.

Wracając do rzeczy. Jan uczęszczał na warsztaty, miał otwarte jasnowidzenie i wsparcie Góry w walce z własnymi niedoskonałościami. Zauważył dość szybko, że doładowania energetyczne podczas warsztatów solidnie wzmacniały w nim Moc, dzięki której łatwo uzdrawiał, egzorcyzmował i czynił inne pomniejsze cuda. Zachłyśnięty sukcesami, zrezygnował z obowiązku pracy nad sobą, z przepracowywania wczorajszego dnia, co doprowadziło do poważnego konfliktu w nim samym. On sam, Jan, swym prawem moralnym przeczył Janowi duszebnemu w prawie energetycznym i Janowi duchowemu w prawie duchowym, przez co sam sobie całkowicie zablokował dostęp do Mocy. Własny jego duch nie potrafił przeżyć tego, że jeden z Powróconych miast myśleć o szczęściu ludzkości, cały swój wysiłek centrował na robieniu kasy.

Z wolna pochłonęła Jana idea duchowego przewodnictwa: organizowania masowych warsztatów, stadionowego kasowania węzłów karmicznych, masowych uzdrowień itd. Wszystko dokładnie i z rozmachem planował i wcielał w życie. Niestety, nieprzerobione prawo energetyczne ustawicznie kasowało w nim Moc, którą odzyskiwał na kolejnych warsztatach. Wiedząc, że nie sprosta wymogom duchowej czystości, dotarł do owej pani Aldony i innych braci i zręcznym słowem zaczął pozyskiwać ich do współpracy, zwodząc mirażem dobrobytu. Kasa, kasa, kasa. Nie pojął jednak, iż w swych wizjach tak daleko odszedł od idei wspólności i współtworzenia, iż raz na zawsze zamknął sobie drogę do obudzenia się w duchu. Sam do tego doprowadził, naprawdę sam. Wtedy umyślił wykorzystać do swoich celów innych warsztatowców, by ich mocą realizować własne finansowe cele. Co wskórał? Nic. Każdy, kto, zaczął z nim współpracę, w ciągu paru dni tracił Moc i popadał w stan energetycznej i psychicznej depresji. Proces uwalania ludzi był tak silny, że strach przetoczył się po warsztatowcach i na wszelki wypadek trzeba było wszystko czyścić.

Co się okazało? Konflikt w Prawie otworzył drogę do wejścia ciemności w energetykę Jana i powstało tzw. wewnętrzne nawiedzenie. Od tej chwili każdy, kto się do niego zbliżył, tracił moc, zdrowie i siły do walki z przeciwnościami losu. Po raz kolejny siły ciemności zwyciężyły, wykorzystując ludzką słabość: kilkanaście osób padło i się nie podniesie. Nie dlatego, że popełniły błąd, ale dlatego, że do chwili jego popełnienia nie podjęły pracy nad sobą, przez co nie wypracowały stałych pasm łączących ich ze Światłością.

Jeśli ktoś niezorientowany w temacie zapłacze nad ich losem, to podzielę ten żal, ale jeśli ktoś zaproponuje, by odtworzyć w nich znów Moc na próbę, to spytam się, czy te osoby chcą mieć w swoim pobliżu tych, którzy potrafią wpływać na ich myśli, a są przy tym wciąż niezadowoleni z siebie i negatywnie o innych myślący. Tacy ludzie wdrukowują w innych własną niedoskonałą energetykę. Każdy jasny słabnie w ich przestrzeni życiowej. Czyż nie lepiej pozbawić ich możliwości czynienia zła, dzięki czemu nie muszą już więcej obciążać własnej duszy?

Tak to konflikt w Prawie doprowadził pana Jana do duchowej porażki. Miast wzrastać w miłości do ludzi, myślał tylko o ich wykorzystaniu. Stworzył nawet fundację, którą usiłował reklamować moją i innych warsztatowców osobą swoje zamysły. Powtórzę to tym, którzy jeszcze tego nie słyszeli: jestem po to, by zniszczyć wszystkie struktury i nigdy nie przyłożę ręki do tworzenia jakiejkolwiek innej!

Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że pan Jan zorganizował dla mnie warsztaty, autentycznie licząc, że wstrząśnie mną liczba zainteresowanych, że kasa mnie na tyle oślepi, iż dam się wciągnąć w jego projekt. Gdy odmówiłem, a pewne osoby od  niego zgłosiły się do mnie na warsztaty (bo to sąsiednie podwórka), z jego biura dzwoniono, domagając się odstępnego za osoby, które do mnie same zawitały, rezygnując z uczestnictwa w warsztatach, które tam miałem rzekomo prowadzić. No cóż. Jak wiecie, osobiście odradzam każdemu warsztaty u mnie, jeśli się o nie pyta podczas konsultacji. Wychodzę bowiem z założenia, że samo pytanie zakłada niepewność, a to dyskwalifikuje kandydata. Po drugie mam stertę zaproszeń z zagranicy, i to bardzo korzystnych materialnie, i wszystkie odrzucam, bowiem to tu, w Polsce, będzie początek wszystkich zmian.

Wniosek? Konflikt w Prawie wykorzystała ciemność do złamania człowieka, a poprzez niego do złamania innych. Najgorsze, że tylko co dwudziesty z naszych warsztatowców nad sobą pracuje. Co dwudziesty! Na co oni liczą? Że będę przed nimi? Ale to moja droga! A gdzie ich droga?!

Ostatnio jeden z naszych zaczął do mnie wydzwaniać, bo pojawił się u niego poważny krwotok i zaczął podupadać na zdrowiu. Góra pozwala go tylko wspierać, jakby powiedzieć: utrzymywać przy życiu. Gdy się go spytałem, dlaczego nie zaufa Bogu, dlaczego nie wierzy, że Bóg mu może pomóc, usłyszałem, że uwierzy, jak go Bóg uzdrowi. Wtedy będzie działać dla innych. Szantaż? Niezrozumienie? A Góra wyraźnie mu podpowiedziała, że popadł w konflikt z Prawem, że jego własny duch zaktywizował chorobę, by on sam zwrócił się ku Bogu! I pomyśleć, że z pretensjami o nawrót choroby dzwoni ten, kto obiecał nad sobą pracować, kto na każdych warsztatach, na których był, chełpił się tym, że jest Schodzącym, szukając w spojrzeniach innych podziwu dla własnej zapomnianej potęgi! Teraz jego własny duch sam przymuszał go do pracy nad sobą, do uwierzenia w Boga! Wiecie na czym oparł się konflikt w Prawie: na niepokochaniu siebie. Zresztą ta osoba prócz ciągłego poszukiwania tych, którzy ją atakują, nic dla siebie nie robi. U niej cały wzrost duchowy opiera się na pracy ze skalami.

Jak widzicie, duchowe zagubienie (lenistwo, zatrucie duszy i duchowa bezmyślność) jadem stoczy każdego, kto ideę braterstwa, równości i jedności zamieni na potrzebę wywyższania się i wykorzystywania innych. A wystarczy ledwie kilka minut poświęcić dziennie na modlitwę, by Góra w każdym utrzymała Moc i wspierała go w wysiłku bycia szczęśliwym i tym szczęściem zarażającym innych.

I proszę zapamiętać, bo ludzie od świętego biznesu wciąż składają mi propozycje (nagminnie szkoły ezoteryczne): mnie interesuje tylko zmiana systemu. I powiadam wam, że ów się zmieni, na zgubę ludzkiemu egoizmowi i wykorzystywaniu innych ludzi. I prędzej czy później w chwale, w radości zejdzie na ten świat Ojciec w całym swych majestacie. I żaden kościół, żaden fałszywy system się nie ostanie, bo to co na Górze, stanie się tym samym, co i na dole? :)

I ostrzeżenie. Wiele osób chełpi się zaliczonymi u mnie warsztatami, dzięki czemu wymusza w innych uznanie, po czym ich ogłupia i programuje. Proszę takich ludzi nie identyfikować ze mną. To że mają skale, nie oznacza, że ich słowa są moimi. To tak, jakby przyjąć, że każdy wchodzący do kościoła wyjdzie z niego jako święty. To samo jest u nas: tylko nieliczni warsztatowcy nad sobą pracują. Większość udaje pracę przed społeczeństwem, sycąc się swoją oryginalnością. Oni ze mną, z ideą, ze słowami miasta Oriin nie mają nic wspólnego.

Pamiętacie historię z Januszem, który widzenie, słyszenie i wiedzenie natychmiast wykorzystał do manipulowania innymi, zwłaszcza kobietami? Te osoby mu zawierzyły, bo epatował jasnowidzeniem. Radził w sprawach życiowych prosto i elokwentnie, podczas gdy one ledwie odkrywały podstawowe karty tej wiedzy. Potem padały ofiarą jego gry w życie: służyły ciałem, duszą i niebagatelnymi pieniędzmi. Gdy poszkodowanym paniom odczytałem, jak się sprawy mają, gdy zablokowały swoje konta, Janusz wszczął totalny atak na moją osobę. Utworzył grupę zwolenników, która niemal zatkała forum negatywnymi informacjami o mnie, mi zarzucając to, co było zarzutem stawianym Januszowi. Prócz oczywiście czerpania korzyści finansowych, bo tu mam skromne potrzeby. Dziś już wszyscy wiedzą, jak się sprawy mają i kto padł ofiarą jego matactw, ale kilka lat temu nie było to wcale takie jasne i wiele osób szukających duchowego wsparcia opuszczało tę stronkę w przeświadczeniu, że coś tu jest nie tak. I sam bym tak pewnie zrobił, gdybym był na etapie szukania kluczy. Podobnie było z moją byłą małżonką, od której płynące informacje posłużyły pyłkowi do windowania własnych teorii. Jakoś przeprosin do dziś nie otrzymałem. Wspominam o tym, byście pamiętali, że syndrom Januszka wciąż jest żywy, że to naturalne, że to cecha każdego środowiska. Macie ufać własnemu sercu w kontaktach z innymi, ale propozycje przez nich składane radzę weryfikować na skalach, nim nie będzie za późno.