vimeo
youtube

Strona główna » Akademia Wiedzy Duchowej » Archiwalne treści o rozwoju duchowym » Wahadełkowanie

PobierzDrukuj

Wahadełkowanie

Wahadełkowanie - poznawanie rzeczywistości (w tym przyszłości) za pomocą skal astralnych. Odczyty na skalach otrzymuje się za pomocą wahadełka i mogą dotyczyć wszystkich obszarów: życia, egzystencji, zdrowia, uczuć i związków.

Kanał YouTube - POPKO TV lub Vimeo - POPKO TV

 

Częstochowa - tu autor osobiście uczy odczytywania skal astralnych oraz posługiwania się wahadełkiem. Nadto w czasie odczytów uczy działań uzdrawiających i czyszczących ciała fizyczne i przestrzeń fizyczną, jak i ciała energetyczne i przestrzeń energetyczną (małe warsztaty). Spotkania trwają z reguły od 17.00 do 19.00 - 20.00, przy czym pierwsza godzina jest przeznaczona na wdrażanie w tematykę nowych  osób. Koszt spotkania - 35 zł. Można tu kupić książki, skale i wahadełka bądź przyjść ze swoimi, wydrukowanymi ze strony "pliki do pobrania" (kilka kompletów jest też do wypożyczenia).

 

Zapisy pod numerem: 509 58 00 42.

Miejsca i terminy wahadełkowań znajdują się na stronie Terminy.

 

Wahadełkowanie to umiejętność odczytywania informacji docierających z przestrzeni energetycznej i duchowej za pomocą weryfikatora, którym w tym przypadku jest wahadło. W przypadku silnie rozbudzonego jasnowidzenia i jasnowiedzenia weryfikator nie jest potrzebny, może co najwyżej potwierdzać poprawność odczytu, gdy medium jest przemęczone.

 

       Przypominam, że w trosce o wasze finanse i energetyczne bezpieczeństwo, przygotowałem cały videoblog, w którym uczę posługiwania się wahadełkiem, dotłumaczam skale i zapoznaję z techniką, ze sztuką odczytywania wszystkiego za ich pomocą. Wystarczy tylko, byście uwierzyli, że możecie się tego nauczyć sami, bez udziału kogokolwiek, także mojego. Wątpiącym podpowiem, że pierwsze wahadełko zrobiłem z patyka, gdy miałem chyba cztery lata, i jakoś do głowy mi nie przyszło, że to trudna sztuka. Najlepsze w tym to to, że wtedy w ogóle nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak wahadełko i radiestezja. Dyndający na sznurku patyczek, potem obwiązany nim kamień, pokazywały tylko, czy to, co ukazują mi istoty duchowe, jest prawdziwe, czy też nie. Zróbcie to samo, a nie tylko unikniecie pułapek, ale i błyskawicznie opanujecie sztukę komunikacji z zaświatami. A potem czasem podpowiedzcie innym, jakie z tego wynikają korzyści. I zróbcie to najpierw za darmo, tak jak i ja robię to dla was w tym miejscu, a odczujecie bezinteresowną miłość, stan, który podpowie wam, co dalej czynić powinniście.

 

 

Wahadełkowanie to nie tylko zabawa w odczytywanie, kto kogo kocha, ale to także szczególna chwila, kiedy to człowiek w duchowym kanale łączy się z Siłami Wyższymi, z obszarami, do których normalnie nie ma dostępu. Wejście w tak wysokie rewiry możliwe jest tylko poprzez kanał bratni, który samoistnie się tworzy, gdy człowiek osiąga 100-procentowe aktywne zjednoczenie w trzonie duchowym lub gdy ktoś podepnie go bratersko pod własny kanał, dzięki czemu słabszy energetycznie i duchowo człowiek zaczyna odczuwać stany i widzieć rzeczy, które są niedostępne na jego poziomie człowieczej doskonałości.

W czasie walki o energetyczne i duchowe wyzwolenie gatunku ludzkiego co jakiś czas pojawia się osoba, której sensem życia staje się dobro innych - uruchomienie w nich świadomości i podtrzymanie jej kosztem własnej mocy. Taki człowiek dosłownie oddaje część siebie, niczego w zamian nie otrzymując, niczego, prócz niskich wibracji podpiętych pod siebie ludzi. Skoro zgodził się wesprzeć słabszych braci częścią samego siebie, to łącząc się z nimi, siłą rzeczy przejmuje ich destrukcyjne wibracje, musząc je w sobie stłumić bądź zlikwidować, byle tylko została w tych ludziach utrzymana "droga do nieba". W zamian za dobrze zrozumiane braterstwo otrzymuje ból, wewnętrzne napięcie, stany chorobowe i pasma egzystencjalnej niemocy, które niczym własne musi dodatkowo zwalczać. Musi, bo stały się jego częścią. Kasując je, umożliwia innym wibrowanie w pasmach, które choć nie zostały przez owe osoby obudzone, ułatwiają im  "utwardzanie" stanów człowieczej doskonałości, jak pokochanie siebie i innych, wybaczenie sobie i innym etc. A wszystko po to, by mogli oni świadomie przemierzać energetyczne i duchowe przestrzenie, by mogli poznawać prawo duchowe i spotykać się z istotami reprezentującymi i tworzącymi Ład Boży we wszechświecie. Bez "podarowanego" im kanału bratniego osoby takie nie mogą tego zrobić, bo nie zdążyły jeszcze wykształcić w sobie umiejętności wibrowania w tak wysokich rejestrach. Gdy taka zdolność zostaje w nich uruchomiona przez kogoś innego, bez problemu wchodzą w modlitwę (otwarcie wrót do innych wymiarów) i poznają i doświadczają to, co stanowi podstawę funkcjonowania człowieka na poziomie fizycznym, energetycznym i duchowym. Dzięki temu stają się z wolna świadomi gry sił duchowych i energetycznych, w którą to grę wplecione jest ich własne życie, także to fizyczne. A stając się wiedzącymi i coraz mocniejszymi, zaczynają również wykorzystywać grę do osiągania określonych celów w przestrzeni egzystencjalnej.

To wszystko zachodzi podczas warsztatów. To w trakcie nich przybyli są podpinani pod kanał bratni, jak i uczeni jasnowidzenia, jasnowiedzenia, pisma automatycznego i jasnoczucia, dzięki czemu bez problemu nabierają wprawy w poruszaniu się po światach wielowymiarowych, jak i w ściąganiu wszelkich potrzebnych im informacji, np. dotyczących teraźniejszości czy przyszłości (przyszłości własnej i innych). Dzięki wkodowanym pasmom uzyskują dostęp do ścieżek losu i mogą wywoływać w nich określony ruch. By tak się jednak stało, muszą zapoznać się z prawami energetycznymi i umiejętnie je stosować. Przez to uzyskują możliwość wpływania nie tylko na własne przeznaczenie, ale i na zachowanie i sposób myślenia innych ludzi. Stają się wiedzącymi, do których z wolna zaczyna należeć świat.

Problem w tym, że świat energetyczny rządzi się od zawsze tymi samymi prawami, tak samo jak swoimi rządzi się świat fizyczny. Są one chwilowo nienaruszalne, choć w niedalekiej przyszłości ma się to zmienić. I tak jak w świecie fizycznym, można te prawa i zasady wykorzystać tak w dobrym, jak i w złym celu, wszystko zależy od tego, jaki człowiek zaczyna manipulować fizyczną i energetyczną przestrzenią. Przybyli na warsztaty ludzie uczą się Jezusowej drogi "otwartego serca", przynajmniej takie jest ich wyjściowe założenie. Powoli pokonują własne słabości, rozwijają paranormalne zdolności i cząstka po cząstce odbudowują utracone w ciągu wcieleń "zapisy" w Macierzy, w miejscu, gdzie złożono czysty wzorzec każdego powołanego do życia człowieka, wzorzec, według którego szyfruje się potem (nici DNA) wszystkie części istoty ludzkiej (a to w niej ma się przecież obudzić Syn Boży), czyli ciało fizyczne, energetyczne, egzystencjalne, duchowe i tzw. ciało Chrystusowe, które budzi się dopiero podczas czwartego Chrztu, gdy istota ludzka scala się w jedną zborną całość (100-procentowe aktywne zjednoczenie w trzonie duchowym). Tymi odzyskanymi kawałkami są stany, które zostały wyszczególnione na skali nr. 23. Ugruntowanie jakiegokolwiek z nich oznacza powrót cząstki ludzkiej doskonałości i jest odnotowane jako wzrost wartości Zapisu w Macierzy. Średnia wartość na tej planecie to 30%, co oznacza wprost, iż przeciętnie każdy z nas w poprzednich wcieleniach utracił w trakcie błędnych wyborów aż 70% własnej czystości, zastępując ją ludzkim znieprawieniem: egoizmem, wykorzystywaniem innych, pychą, wywyższaniem się, upodlaniem innych, ogólnie - podporządkowaniem braci sobie. A by owo egoistyczne podporządkowanie było trwałe, upadający Syn Boży stworzył System i moralną iluzję poprawności dla własnych czynów. Nauczył się także programować przestrzenie energetyczne i wpływać na pola psychiczne innych ludzi, które są niczym innym, jak tylko zwyczajnymi energetycznymi pasmami przenoszącymi emocje i myśli. Taki upadający człowiek pojął także to, co najważniejsze, że łatwiej w grupie podobnych sobie rządzić światem, niż samemu. Dlatego rytualnych form energetycznej manipulacji nauczył tych, z którymi przyszło mu łamać wolę i ducha u innych, u tych którzy mieli stać się jego własnością. Zasiał strach i pobudował więzienia, zapanował nad fizyczną przestrzenią i umieścił na energetycznym niebie programy, które nadają swoje audycje dniem i nocą, totalnie ogłupiając braci, przez co wierzą oni w to, co nie istnieje, jak chociażby w wyższość jednego człowieka nad drugim, oraz w to, że Bóg to mściwa istota, która wspiera jedynie naród wybrany.

I takie ugruntowane słabości muszą zrozumieć i z siebie wyrzucić warsztatowcy, osoby rozmawiające z Jezusem w Wieczerniku w Świątyni Serca. Niestety, wielu z nich nie jest w stanie dotrzymać obietnicy danej Jezusowi i samemu sobie. Ulegają dawnym słabościom i na powrót stają się takimi, jakimi tu zeszli. Na domiar złego zaczynają z premedytacją wykorzystywać innych warsztatowców, tych którzy naiwnie wierzą, że każda widziana na warsztatach osoba daleka jest od wyrządzania krzywd drugiemu człowiekowi (bo przecież nad sobą pracuje), a to, co jej proponuje, jest czyste i uczciwe. Pracować, a skończyć tę pracę, to dwie różne rzeczy. Chodzić do kościoła, a stać się świętym, to też ciekawy dylemat.

Manipulator budzi się zawsze tam, gdzie praca nad sobą jest jedynie udawana, a odczytywane parametry potwierdzały nie tyle jego własną wartość duchową, co tę wynikającą z podkręcenia energetyki przez korzystanie z kanału osoby prowadzącej warsztaty bądź z umiejętności stosowania technik ową energetykę podnoszących. Po manipulatorze budzi się ukryty degenerat i zaczyna się wykorzystywanie innych. Początkowo rośnie pycha, gdy mniej wiedzący zadają pytania o to, co dopiero zaczynają pojmować. Pycha nie pozwala się przyznać, że odpowiadający jedynie przekazuje informację o tym, w czego rozumienie tak naprawdę wszedł jedynie prowadzący warsztaty. Po degeneracie budzi się ezoteryczny filozof i świętoszek, iluzja przyjaciela, a w rzeczywistości podłość, która w drugim człowieku widzi tylko obiekt pożądania. Budzi się "ezoteryk" ze swoim ezoterycznym biznesem, odpowiednik kościelnego wynalazku, czyli święty z watykańskim pastorałem w ręce. Zaczyna się produkcja rujnujących energetykę obrazków i innych "łańcuchów energetycznych", brylowanie w wąskich "pogawędkowych" grupkach ewidentnie zwodniczymi objawieniami i powolne tworzenie programowego uzależnienia, takie "dziurawienie" tych, co łatwowiernie uwierzyli w czyjąś dobroć i doskonałość.

I zawsze, ale to zawsze robią to ludzie, którzy nigdy niczego nie przepracowali, choć głośno o swej pracy rozpowiadali. Niektórzy nawet przez moment wierzyli, że staną się jako Jezus, ale gdy przychodziło do prób, ważniejsza dla nich okazywała się wyższość i własny interes, niż obietnica wytrwania w szacunku i pokochaniu brata i siostry. Stojąc na granicy dekonspiracji, na powrót wkładali ciemne okulary (maskę) i już bez skrupułów i wątpliwości zapętlali i krzywdzili tych, co naiwnie zaczęli wierzyć w ludzkie współodczuwanie, w ludzkie współtworzenie, w ludzką uczciwość i dobroć oraz w to, co mówił Jezus, że Chrystus jest w każdym człowieku i otwartym sercem można go obudzić.

Ale obudzić Chrystusa może wyłącznie człowiek, który nie zabił Boga w sobie. Ten, który w poprzednich żywotach wymazywał boskie pasma, z wolna staje się duchową kreaturą, która przejmuje kontrolę nad własnymi pasmami energetycznymi (duszą) i nad ciałem egzystencjalnym, a nierzadko i nad ciałem fizycznym, które (najczęściej) z pokracznego staje się z wolna piękne i mocne. Część jego istoty: dusza, czyli to, z czym się stykamy na co dzień, jest przez takiego znieprawionego człowieka wykorzystywana jako narzędzie do gaszenia światła we wszystkim i wszędzie, choćby słowa i czyny takiej duszy na pierwszy rzut oka takiemu zachowaniu przeczyły. Gdy wymagają tego okoliczności, taki człowiek tworzy na potrzeby chwili sytuacje, w których jego dusza na pewien czas jest "unoszona" w energii jedynej, dając pozór energetycznej i duchowej poprawności. Będąc nierozpoznaną w złu,  mając otwarty dostęp do ludzi, wpływa na ich wybory, kształtuje po swojemu ich widzenie świata i co najważniejsze - powoli zamyka w nich duchowe promienie (nawet bezpowrotnie niszczy).

Tacy "zabijający Boga" ludzie zawsze zjawiają się tam, gdzie budzi się ktoś, kto zaczyna widzieć świat duchowy, odbierać przekazy i wskazywać innym drogę do światła i zbawienia. Obecność takich zaprzedańców nękała Jezusa aż do odejścia-śmierci. On wiedział, że jest dla nich solą w oku i że nigdy mu nie odpuszczą. Ten, co miłował wszystkich, ich serc nie potrafił zmienić. Nigdy mu się to nie udało i udać nie mogło. Mając ręce związane prawem wolnego wyboru, bezradnie przyglądał się, jak "martwi ludzie" do duchowej śmierci doprowadzali innych, jak przekształcali Jego słowa, tworząc z nich zwodnicze, choć przekonywująco brzmiące treści, jak odciągali od Niego wyznawców mimo czynionych Przezeń cudów, jak brutalnie i szyderczo (patrząc mu wprost w oczy)  brukali złem Jego pracę. I to oni w końcu zbudowali Kościół, instytucję, która zabiła w ludziach światło raz na zawsze. Osobisty uczeń Jezusa wbił w światło czarny hak mroku, na którym jego następcy powiesili swoje antyludzkie doktryny.

Z taką samą procedurą wymazywania głosu duchowego spotykamy się wszędzie tam, gdzie ów Głos Boży się pojawia, gdzie schodzą rzeczy umożliwiające człowiekowi panowanie nad własnymi ścieżkami losu i nad własnym przeznaczeniem i powołaniem. Oczywiście w więzieniu wpływ na przestrzeń jest mocno ograniczony, ale przecież i w nim można obudzić w sobie miłość i odczuć zbawczą jedność z Całością. Nawet w cierpieniu można obcować z Bogiem i poznawać całość Wszechrzeczy. Chyba że nie jest się istotą ludzką.

Więc niech nie dziwi was stała obecność wokół takich uduchowionych osób ludzi wrogich idei wolności i waszego szczęścia, którzy podając się za przyjaciół, po jakimś czasie zręcznie i w niewidoczny sposób zaczynają was odcinać od "prowadzącego", wiążąc na stałe ze swoją energetyką. Łapiąc was na potrzebę koleżeństwa i przyjaźni, umiejętnie przejmują nad wami kontrolę i forsują własne cele w waszych osobistych liniach losu czy przeznaczenia. Po to właśnie wielu z nich garnie się na warsztaty i wahadełkowania. Dążą do tego, by przewodzić na takich spotkaniach i ufnych ich słowom ludzi odcinać od Sił Wyższych, które są jedynym ratunkiem przed zbłądzeniem. Na podstawie zdobytej wiedzy, korzystając z wyuczonych technik, naśladując schemat prowadzonych przez mistrza warsztatów i wahadełkowań, chwytają ludzi w energetyczne pułapki, programują i odcinają od pasm duchowych. Tworzą doskonałą iluzję poprawności modlitw i przekazów, które w myśl ustawień zaświatów wprowadził mistrz, i udają, że to wszystko rozgrywa się poza ich umysłem, choć w rzeczywistości nie wykracza poza poziom niskich wibracji. Niemniej każdy odnajduje w tej umysłowej przestrzeni znane sobie elementy, jak i kopie postaci, z którymi się spotykał w autentycznym kanale duchowym, przez co nie podejrzewa, że ma do czynienia z mistyfikacją. Medytujący z ufnością wchodzą w sztuczną projekcję lidera i w końcu przegrywają wyścig o własną wolność, na dodatek nic o tym nie wiedząc.

Oj, proszę tylko nie myśleć, że straszę przed wahadełkowaniami organizowanymi przez inne osoby. Nie o to chodzi, zwłaszcza że sam zachęcam do udziału w takich spotkaniach, widząc w nich wielki pożytek tak dla duszy, jak i ciała. Muszę jednak zdystansować się od tych wahadełkowań, które z czystymi intencjami nie mają nic wspólnego, choć są organizowane przez byłych warsztatowców i mają pozornie taki sam schemat i charakter, jak wahadełkowania przeze mnie prowadzone. Naśladowanie mojej pracy, naśladowanie sposobu przekazywania wiedzy jest przez wielu automatycznie odbierane jako ściśle powiązane z moją osobą i stanowi coś w rodzaju gwarancji bezpieczeństwa i poprawności duchowej. Ludzie zakładają, że zachodzące podczas takich spotkań procesy i zjawiska są sobie podobne, że charakter pracy z energiami jest identyczny. Nie jest to prawdą. Taka nieostrożność może mieć poważne konsekwencje, za co ja nie mogę ponosić odpowiedzialności. Sprawdzenie lidera pod kątem jego duchowej doskonałości jest tym samym co szekspirowskie być albo nie być. Pozwalanie na manipulowanie własną energetyką i pasmami duchowymi może się tragicznie skończyć, choć gołym okiem nie będzie tego początkowo widać.

Każdy z was ma prawo pójść na operację do rzeźnika zamiast do lekarza. Rzecz w tym, że lekarz-chirurg postara się uszkodzoną kość złożyć, a ranę zaszyć, rzeźnik zaś doprowadzi do zdrowia przez odcięcie chorego organu, bo innego rozwiązania nie zna. A obaj, i rzeźnik, i lekarz głośno i uroczyście będą mówić o zdrowiu i zapewniać o swoich sukcesach na tym polu. Na domiar złego, choć sama ingerencja w ciało fizyczne dotyczy tylko doczesności, to już wejście w energie i pasma duchowe ma już swój wymiar ponadczasowy i warunkuje ścieżkę karmiczną. To tak, jakby po akcji rzeźnika-konowała człowiek miał zawsze rodzić się już tylko z jedną nogą.

Tę kwestię musiałem tu poruszyć. Po pierwsze po to, by was ostrzec przed niebezpieczeństwem, którego nie dostrzegacie, po drugie, by nie wiązać mojej osoby z upadkiem ludzi uczonych przez innych, a po trzecie, by podpowiedzieć, gdzie i jak bez ryzyka doskonalić się w prawie energetycznym i duchowym. Wszystkie wskazówki znajdziecie na tej stronie. Łącznie z przekazem i skalą zwyrodnienia na końcu tego artykułu.

Wracajmy do tematu. Wahadełkowanie, misterium poznania duszy, ta sekretna chwila poznawania tajemnic istnienia miała ludziom zapewnić bezpieczeństwo i wytrwanie w chwilach, w których nie potrafiąc uporać się z własnymi słabościami, zawalają swoje życie. Odczytywanie skal i doskonalenie widzenia miało tu pomóc podnieść się z kolan społecznego i energetycznego upadku oraz wesprzeć w wytrwania w Duchu Świętym. Co słabsi, co mniej zrównoważeni energetycznie i psychicznie, jak i dopiero pojmujący prawa energetyczne i duchowe - tu właśnie, pod okiem mocniejszych braci, mieli się wzmacniać, wzrastać i uczyć wszystkiego tego, czego ogarnąć początkowo nie potrafili na warsztatach i w przygotowanym dla nich materiale na stronie. Dążąc do tego, zaufali tym, którzy organizowali warsztaty, którzy w ich oczach uchodzili za moich współpracowników, za bardziej wiedzących, za bliższych prawdy. Słabsi widzieli w nich to, czego szukali, choć tego tam nie było: poratowania.

Jak dotąd, może poza dwiema osobami, których imion nie wspomnę, żaden z organizatorów warsztatów nie robił tego bezinteresownie. Zawsze chodziło o uznanie w oczach innych, bo przecież dotykali tajemnicy, jak i o gratyfikację. I jeśli nawet owe osoby początkowo unosiła idea wzrostu, to dość szybko przybierała ona postać papieskiej wielkości. Im dłużej owe osoby organizowały warsztaty, tym mocniej zakorzeniała się w nich wizja własnej doskonałości, takiej doskonałości wynikającej z mocy słowa, a nie z pracy nad sobą, oraz coraz silniej budziła się u nich magia ezoterycznego biznesu.

By ugruntowywać swoją pozycję na podium, by wzmacniać "przyjacielskie" uzależnienia, każda z tych osób szybko organizowała wahadełkowania, wkładając "szczególny" wysiłek w tworzenie iluzji duchowej przyjaźni, takiej niebiańskiej, takiej z serca płynącej. Przerzucając most do serc, zręcznym słowem tworzyła pozory przyjaźni, zwłaszcza wtedy, gdy z radością w oczach odczytywała im parametry inaczej, niż ja, ja - ten srogi oceniający. Od niej słyszeli, że nie jest źle, że ja się często mylę, że pewnie mam jakieś załamanie, że tak w ogóle to są krok od swej wielkości. Takie słowa działają jak balsam i ludzie chętnie w nie wierzą. Potem wystarczy dorzucić plotki na mój temat, okrasić to kolejną bajkową opowieścią, a jest to znana od tysiącleci technika podważania zaufania, i już szukający prowadzenia mają nowego, mocnego, prawego przyjaciela, z którego rad obowiązkowo zaczynają korzystać.

Wahadełkowania miały być lekarstwem na zwątpienie, remedium na brak wiary we własną moc, miały utwierdzać w pewności siebie i podpowiadać, jak osiągać cele. Niemal wszystkie powolutku przekształciły się w niewidoczne więzienie, gdzie zanikała praca nad sobą, choć o niej wspominano, oraz gdzie wciąż odbywały się modlitwy, choć w rzeczywistości nie wychodziły poza umysł i niski astral, dzięki czemu kierujący spotkaniem umożliwiał sprzęgniętym z nim niskowibracyjnym istotom modyfikowanie energetyki uczestniczących w rzekomej modlitwie osób. A oprogramowane ze zdziwieniem i smutkiem wysłuchiwały potem, jak Popko padł, jak stanął po stronie ciemności i jak tylko czeka, by ich wszystkich wtrącić w objęcia Szatana. Takie ostre słowa padły w Gliwicach, Jeleniej Górze, Wrocławiu, Warszawie, Częstochowie, Wałbrzychu, Osowie Leśnym i innych jeszcze ośrodkach. Te historie opowiadano mi po fakcie, gdy prowadzący wahadełkowania (czyli uczący tego, co ode mnie usłyszeli) pociągnęli za sobą w dół ludzi i swoim brakiem doświadczenia doprowadzili do wielu psychoz, chorób, egzystencjalnej zapaści i do co najważniejsze - do zerwania duchowych pasm, wydając niczego nieświadomych ludzi na pastwę autentycznej ciemności. Co z tego, że po czasie rozpoznano charakter i intencje liderów, co z tego, że owe grupy znikły. Zniszczono w ten sposób efekty mojej wieloletniej pracy i sen wielu wahadełkujących o wyzwoleniu z niewiedzy i energetycznych ograniczeń.

Dlaczego tak się dzieje?

Czy naprawdę pomyśleliście, że ciemność wam odpuści? Czyżby nie miała w was kotwy? Że ot tak sobie zostawi wahadełkujących, by wzrastali w świetle, zwłaszcza gdy zgłasza się czarna owca, która za srebrniki i chwilę sławy wyda was im na pożarcie? Jak dotychczas zawsze zdradzał ten, kto pozornie uchodził za najbardziej zorientowanego w całości, choć ostatni miesiąc i powołanie Stowarzyszenia Uzdrowicieli Duchowych nieco ten czarny scenariusz zmieniło. Zazdrość, upadek ducha, widzenie tylko zysków, a nie kosztów, sprawiły, że za nauczanie wzięli się ci, co nic nie rozumieją, co nic nie przepracowali, co jedynie są dobrze poinformowani. Za nauczanie wzięli się ci, co sami brutalnie niszczą innych ludzi i szydzą nawet z bliskich. Powstał ezoteryczny kogel-mogel, w którym o astronomii uczą okuliści.

Jak to się dzieje? O co w tym wszystkim chodzi? A może liderzy nie zdają sobie sprawy z tego, co robią?

Czy nie zdają? Mam co do tego poważne wątpliwości. Wszyscy korzystają z moich nauk, używają moich słów i porównań, jednak większość z nich nic o mnie, czyli o źródle, nie wspomina. Wszystko przypisują sobie. Robią to świadomie, choć całymi latami jeździli na warsztaty i słyszeli non-stop, że taka postawa jest niewłaściwa, że nie tylko gwałci prawa autorskie, ale i odcina ludzi od źródła prawdziwej wiedzy, od możliwości poratowania, gdy wypaczenia wgryzą się w ich dusze. I pewnie o to chodzi.

Metody usuwania mnie w cień stają się absurdalne. Jedna z pań wydrukowała (swoje) skale astralne, całkowicie zmieniając ich wygląd graficzny, choć same skale pozostały takie same, i przedstawia wszystkim jako własne osiągnięcie. Druga osoba, choć trzecia w kolejce po laur zwycięstwa, urządza warsztaty, nauczając tego, co przez lata jej przekazywałem, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego co mówi. No bo jak założenia duchowe może wykładać ktoś, kto oszukuje, niszczy i bezwzględnie, bez mrugnięcia okiem wykorzystuje innych? Co taki ktoś wie o bezwarunkowej miłości i stanie jedności duchowej? To co wie, zna tylko ze słyszenia i żadną miarą nie uchwyci tego w swoich przekazach. Tak postępując, preparując w innych nieistniejące stany, tłumacząc je na dodatek po hebrajsku, zwyczajnie zamknie człowieka w energetycznym rozwarstwieniu, które jest 2-3-krotnie trudniejsze do usunięcia niż depresja.

Na domiar złego urządza warsztaty w miejscu, które było poświęcone, które zasilił Promień. Ponieważ i właściciele w swym nazwijmy to zagubieniu poparli jego duchowy przekręt, odwracając się niefrasobliwie od uczciwości i czystości wobec drugiego człowieka, Góra wycofała z tego miejsca swoje energetyczne wsparcie i już powstało tam nawiedzenie. Do tygodnia ciemni przekształcą je w Strefę Mroku, ale gdy powstanie studnia, wszystko wezmą w posiadanie diabli. A to wszystko tylko dlatego, że lider nie próbował nawet podjąć pracy nad sobą. Bo i po co? No po co? A nie podejmując, a chcąc być dalej wynoszonym ponad innych i przez innych wspieranym, nałożył maskę przyjaźni i sięgnął po oręż w energii przeciwnej.

I tyle zmian z powodu jednej osoby, osoby, która chciała ujrzeć Boga, ale w końcu się od niego odwróciła. Dlaczego ludzie w tej chwili ulegają sianej przez tę osobę iluzji, wytłumaczę pokrótce, choć to nie nowość, tylko w kółko powtarzany schemat. Najpierw zaczyna się od objawień zwodniczych, od modlitw, w które z własnej woli wchodzą ci, co ufają temu, który zręcznie owo zaufanie do siebie zbudował. Wierzą, że modlitwy, że otwarte przestrzenie są dokładnie tymi samymi, w które wchodzą podczas moich warsztatów. Niestety, jest zupełnie inaczej (mówię oczywiście o przypadkach, gdy modlitwy prowadzą ludzie zatruci egoizmem). Meble, elementy światów, nawet widziane postaci są niemal takie same, jak istoty widziane podczas autentycznych wejść w duchowe przestrzenie. Różni je tylko tworząca wizję wibracja, a to jest różnica diametralna. Pamiętacie może komedię, w której Rosjanie zbudowali na niezamieszkanych terenach miasto idealnie odwzorowujące amerykański symbol sukcesu, gdzie mówiący po angielsku mieszkańcy święcie wierzyli w to, że są Amerykanami i mieszkają w USA? Taka sama iluzja jest tworzona w modlitwie przez wspierające prowadzącego niskowibracyjne byty.

Łatwo to ustalić przy pomocy skali nr. 23. Mamy tu wyraźnie zaakcentowany podział na świat fizyczno-energetyczny (1-2-3 poziom), niski astral (4-5-6 poziom), średni astral (7 poziom), wyższy astral (8-9 poziom), świat duchowy (9-10 poziom) i wyższy świat duchowy (11-12 poziom). Wszystkie umieszczone na mojej stronie modlitwy pochodzą tylko z 12 poziomu, co łatwo sprawdzić. Dlatego w czasie takich modlitw wszystkie części istoty ludzkiej są przebudowywane pod kątem zmiany szyfrów i Zapisu. Modlitwy, w które wchodzą osoby uczestniczące na wahadełkowaniach organizowanych przez "zagubionych" nie przekraczają poziomu 4. Tymczasem u wzmiankowanej osoby ograniczają się nawet do  drugiego i trzeciego poziomu, co oznacza, iż przestrzeń tę na potrzeby chwili tworzy UMYSŁ. Tylko umysł. Umysł zlepia całość ze znanych sobie fragmentów, a człowiek wierzy, że ociera się o misterium. Potem do takich "rojeń" zaprasza innych i przyjmujący zaproszenie zaczynają uczestniczyć w grze wyobraźni, która z duchową prawdą nie ma nic wspólnego. Najgorsze, że do gry wchodzą jeszcze emocje, które grupują się na 2 poziomie, a przez ten obszar siły ciemności wchodzą w człowieka jak w masło. A gdy wejdą, zaczyna się tkanie w rdzeniu kręgowym ciemnych nici uzależnienia. Tak ogólnie jest to bardziej skomplikowany proces, bo i związany z lustereczkami w czakramach, ale w tej chwili nie mam czasu na jego omawianie.

Już stwierdzenie występowania jednej nici oznacza, że jest źle. Od jednej do czterech, że ciemność lub ludzkie zło, o ile programuje pod siebie ludzi, zawiązuje w człowieku całą energetykę, czyli że ktoś będzie miał większy wpływ na ich np. myśli, niż oni sami. Obecność piątej nici oznacza zawiązanie ducha, a w prostych słowach przekłada się to na sterowanie wizjami, np. podczas modlitw, które potrafią już wtedy wywołać niezwykłe stany uniesień. Podobnie niezwykle i wzruszająco jest w dołach energetycznych, jednak po paru dniach przebywania w nich siadają organy. Szósta czarna nić zwiastuje odcięcie ducha, a siódma obecność umysłu człowieka prowadzącego modlitwę w ujarzmionym człowieku. Tu można jeszcze tylko sprawdzić procentową wartość wejścia, by stwierdzić, jak po mistrzowsku można zorganizować opętanie jednego człowieka przez drugiego.

Co z tej wyliczanki wynika? To co najistotniejsze: poprzez takie modlitwy ciemność odcina ludzi od wsparcia duchowego. Pozbawieni kontaktu ze światem duchowym, tracą moc, a nie potrafiąc nic, nawet przeprowadzić prostych działań energetycznych, siłą rzeczy stają się bezbronni wobec agresji niskich wibracji. Żyją iluzją dawnej świetności, prowadzą jakieś tam odczyty, ale całość powoli zamienia się w żywą fikcję, gdzie aktor zmienia się w żywą marionetkę.

90% aktorów stało się egzystencjalnymi zombii we wszystkich miejscach, gdzie wahadełkowania przejęły nieodpowiednie osoby. Stało się tak dlatego, że osoby uczestniczące w takich spotkaniach całkowicie zbagatelizowały wymóg energetycznej ostrożności oraz obowiązek pracy nad sobą. Będąc jeszcze słabymi, uległy silniejszym, sprytniejszym i bardziej upadłym braciom. Ich podstępnej grze (skala upadku Synów Bożych).

Z powodu zapotrzebowania na przyjaźń i dobre słowo niemodnym stało się także sprawdzanie masek na skali nr. 18. Kto nie zapomniał, pewnie miał niezłą zagwózdkę, taką łamigłówkę na kilka wieczorów, kiedy to zastanawiał się, jak tu pogodzić przyjacielski uśmiech na twarzy kolegi z jego perfidnym wpuszczaniem w kanał (skala nr. 1 - zatruwanie jadem).

Pamiętacie grupę częstochowską sprzed paru lat? Trzy dobrze widzące osoby umyśliły stworzenie biznesu ezoterycznego, gdzie miały nauczać na podstawie płynących przeze mnie przekazów i masowo uzdrawiać ludzi. Pozazdrościły efektów mojej pracy. Widząc, jak lgną ku nim słabo jeszcze widzący warsztatowcy, szybko odcięli ich ode mnie, głosząc, iż się posypałem i na warsztatach już tylko osłabiam ludzi. Zaślepieni głodem autorytetu i mocy, zachwyceni wizją zysków i sławy, całkowicie wyrugowali z siebie światło, choć to właśnie wiedzą z tego światła pochodzącą się posługiwali. U dwóch osób z tej grupy światło na poziomie energii jedynej na stałe wycofało się nawet z komórek fizycznych. Energia komórkowa zniknęła i rozpoczęła się gwałtowna degradacja fizyczna. Choroby szalały. U przywódczyni grupy wyrosły znikąd rak był tak silny, że w półtora miesiąca pochłonął wiele organów. Lekarze nie mogli pojąć tego fenomenu. I nie można jej było uzdrowić, gdyż kobieta ta wciąż tkwiła w niskich wibracjach nienawiści, zazdrości i podstępności.

U drugiej z kobiet objawy były mniejsze, ale równie fatalne w skutkach. U trzeciej uformowało się stałe opętanie, modyfikując jej postawę na stałe. Przez 2-3 miesiące urabiała mi opinię, gdzie tylko się dało, po czym totalnie wycieńczona zjawiała się na warsztatach i teatralnie przed wszystkimi rzucała mi się na szyję, do wszystkiego się przyznając i błagając o czyszczenie, bo już nie wyrabiała od ciągłego stanu opętania, którego nikt nie potrafił z niej zdjąć. Czyli kajała się, bo potrzebowała ratunku, a nie dlatego, że tak wypadało. Takie sceny miały miejsce parokrotnie. Gdy po półtorej roku nieco się wzmocniła, już skrzętniej ukrywała swoją antyreklamową wobec mnie postawę. Niemniej wciąż żyje nienawiścią i zazdrością, i to do tego stopnia, że wciągnęła w nią swoją matkę i oficjalnie powiadomiła mnie, że żeruję finansowo na ludziach i jej matka musi o tym powiadomić odpowiednie organy oraz media. Wyliczyły nawet, i to jasnowidząco, ilu ludzi przybędzie do mnie na wigilię i sylwestra, i to dokładnie, z księgową dokładnością, a więc co do setnej części złotówki. Określiły koszt utrzymania jednej osoby tak pod kątem zużycia wody, prądu, jak i innych niuansów, porównały to z opłatą za dwudniowe warsztaty i w jawnym oburzeniu obwieściły, że jestem oszust, naciągacz, że okradam ludzi i że piorę im mózgi, by na nich żerować. Zarzuciły mi dokładnie to, co jednej z nich nie wyszło na masową skalę kilka lat temu, ale co ta pokątnie, bez płacenia podatków stale na mniejszą skalę wciąż czyni, korzystając między innymi z warsztatów, gdzie przy okazji promuje i sprzedaje swoje ezoteryczne wyroby. Szkoda tylko, że w księgowym podsumowaniu nie było wzmianki o wielu innych kosztach, jak chociażby o podatkach, ani o tym, że dwudniowe warsztaty kosztują u mnie brutto tyle, co zwyczajna doba w normalnym hotelu, i że prócz zabawy ludzie otrzymują wiedzę, wsparcie energetyczne i duchowe oraz że stale pną się do góry, o ile pracują nad sobą, dzięki czemu od dawna mogą uzdrawiać, a więc i nieźle zarabiać. Oszczędnie przemilczały że całe warsztaty kosztują tyle, ile ich jedna niezaksięgowana sesja uzdrawiania.

Czemu tak się stało? Czemu znów wybuchła agresja, czemu po raz kolejny ktoś uderza w ideę warsztatów i to w tak niecodzienny sposób? Ano z braku światła, które raz oddane, wciąż przez ową osobę nie może być na powrót przyjęte. Jego miejsce zajęły oczy i idee ciemności, które widząc w mojej pracy poważne zagrożenie dla własnego status quo, wykorzystują ludzki egoizm i zazdrość do promowania zła.

Koleżanka tej osoby jest równie bezceremonialna w swoich zakusach. Ponieważ działa od lat na rynku ezoterycznym, zaliczyła także warsztaty (zaliczyła, nie że się czegoś nauczyła) i sobie znanymi sposobami dociera do osób, które miały u mnie konsultacje w Częstochowie i stara się je przechwytywać, nie przebierając w środkach. Efekty jej zabiegów są dramatyczne: nawroty chorób, nawiedzenia, niszczenie ludzkiej reputacji i wprowadzanie chaosu do życia rodzinnego, dzięki czemu szalejące osoby latają po jej porady i działania jak zaklęte. A wszystko oczywiście pod patronatem światłości i według instrukcji ściągniętych z videoblogu. Ezoteryczny biznes w prawdziwym wydaniu. Proszę sobie wyobrazić, że jedną ze starszych pań oskubała na kilka tysięcy złotych w ciągu paru tygodni. Wmówiła jej takie bzdury, łącznie z tym, że córka ją nienawidzi i nastaje na jej życie (kasę), że kobieta o włos co nie trafiła do psychiatryka. Przez 5 tygodni była warsztatowiczka zniszczyła to, co budowałem w tej rodzinie przez ostatnie dwa lata. Dzięki moim staraniom owa osoba na stałe wyszła ze szpitala i pogodziła się z córką i wnukami. Wyzdrowiała także fizycznie i stała się na tyle samodzielna, że sama zamieszkała i zaczęła sobie radzić z życiem. Koszt mojej pomocy wynosił dokładnie 50 zł miesięcznie.

Wszystko to przepadło w jednej chwili, jak film o czystości ludzkich intencji. Dokładnie tak samo, jak przepadnie wasze korzystne przeznaczenie, gdy pozwolicie się urabiać na wahadełkowaniach przez osoby widzące w was tylko obiekt pożądania. Dostaniecie nic nie warte słowa i puste obietnice, a wszystko na bazie tego, co w was uruchomiłem. Rzecz w tym, że pozwalając innym wchodzić w siebie lub siebie pod coś podpinać, tracicie to, w czym zostaliście umieszczeni.

Pamiętacie Przemka warszawskiego, który gdy padł, umyślił wykorzystać dla własnych celów światło tlące się w innych? Nie tylko opracował abonament na uzdrawianie (firmowy dla przedsiębiorstw i osobisty dla rodzin), ale i zaczął go nieźle promować i sprzedawać. Zorganizował też wahadełkowania i warsztaty, głosząc, że ja je poprowadzę, a jeśli nie ja, to osoby mnie reprezentujące. Gdy to nie wypaliło dogadał się z wieloma warsztatowcami, który utrzymywali moc, i pozyskał ich do współpracy, roztaczając przed nimi wizje kolosalnych zysków. Zapomniał tylko o jednym, że to nie bioenergoterapia, tylko uzdrawianie duchowe, gdzie czystość serca musi dorównywać czystości intencji, inaczej duchowe światło nie jest w stanie przeniknąć ludzkich powłok i uruchomić działania. Każda niecność je blokuje, a słabość ogranicza. I stało się tak, że każdy, kto rezygnował z czystości na rzecz zysków, a więc wszyscy, którzy podjęli wyzwanie, utracili światło. Ciemność zostawiła na nich taki ślad (wciąż żyją niespełnionym marzeniem), że nic nie dały kolejne czyszczenia i podłączania pod kanał. Najpóźniej do trzech dni tracili wszystko, pod co byli podpinani. A nie mogąc uzdrawiać, nie posłużyli ciemności w Przemku (egoizmowi) jako narzędzie do zbijania fortuny.

Z tego samego powodu światło opuściło wzmiankowane wcześniej miejsce, mówię o osobie powielającej przypomnianą historię z organizowaniem warsztatów, gdyż nic, co nie jest czyste, nie będzie przez światło promowane. A że osobę tę prowadzi tylko wyrachowanie i obłuda, to i ciemność w niej zawarta przenika wszystko, czego owa osoba się dotknie. Stąd i przejęcie przestrzeni miejsca przez wrogie nam energie. Nie ma tu kary ani winy, jest zwyczajna, rutynowa gra światła z ciemnością. W pasmach duchowych nie istnieją tonacje pośrednie, nie ma więc prześlizgiwania się z mniejszym egoizmem w pasmach Ducha Świętego. O tym ustawicznie przypomina Góra, ale ludzie wciąż to bagatelizują.

Słyszałem nawet litościwe podpowiedzi, że ów człowiek (kierujący wahadełkowaniami) jest jak każdy z nas i trzeba go wspierać, by się obudził. Niestety, nic to nie da, bo on na stałe zszedł z drogi do Boga. To jak z naszą koleżanką, która wciąż święcie wierzy, że jej kochani synowie się zmienią, choć coraz dotkliwiej ja biją i wykorzystują. Problem nie tkwi w synach, bo oni się określili, ale tkwi w koleżance, która żyje wspominaniem minionych czasów, gdy synowie nie potrafili jeszcze dokonać ostatecznego wyboru, jacy chcą być: czyli tymi, kim byli w poprzednim życiu, czy też wprost przeciwnie - nawracającymi się na prawdę i Boga ludźmi. Rzeczony warsztatowicz definitywnie opowiedział się za niewoleniem braci i sióstr (skala sprzeniewierzenia się ludziom, Bogu i Prawu).

Podobny dylemat ma jedna z naszych koleżanek, która na poważnie zastanawia się nad tym, czy wejść w Merkabę, czy też pozostać przy Jezusie i kroczyć Jego drogą otwartego serca. Dylemat powstał, gdy mili, przyjacielscy, niemal dobroduszni trenerzy Merakaby dali jej do zrozumienia, że chętnie ją zobaczą w szeregach swoich nauczycieli. Taka piramida finansowa. Dziewczyna tak bardzo łaknęła bliskości i dobrego słowa, bo sama nie nauczyła  się jeszcze być bliskością i dobrym słowem dla innych, że owych nauczycieli, zwłaszcza jednego, potraktowała jak guru. Bo guru mówił tylko o jej dobrych stronach, negatywnych w ogóle nie dostrzegając. I to jest charakterystyczne dla wszystkich oszustów. Zwłaszcza tego z tajgi, który po mistrzowsku opanował aktorstwo i stan energetycznego spokoju, tak że nikt się nawet nie domyśla, że w jego krwi jak i w Hitlerze krąży moc Maga, dzięki której programuje ludzi, zjednuje ich sobie i prowadzi ku temu, co mu pasuje. Pobudowali mu osiedla w tajdze, tworząc enklawę, w której syberyjski Mag odważnie się panoszy, i do głowy im nie przyjdzie, że tworzą systemową strukturę. Nie tak miało być. Trzeba naprawić stary dom, miejsce, gdzie jest źle, łącznie z wypełniającymi je ludźmi, a nie uciekać przed tą nauką do lasu.

Mag wiedział, co robi, ludzie zdecydowanie nie. Nasz koleżanka też nie. Zaświtała w jej głowie myśl o szybkim zarobku bez pracy nad sobą. Zmartwiła ją tylko suma, jaką musiałaby wpłacić za warsztaty, warsztaty, które oferują skromną technikę i jedynie pracę na poziomie umysłu. Cała zresztą Merkaba jest zwodniczą oazą, w której zatrzymują się ci, co podążają do prawdziwego morza przebudzenia. Leni i pasożytów może Merkaba zainteresować, bo choć sprzedaje duchową ułomność, to oferuje też przyzwoite panowanie nad wewnętrznymi energiami. I nic więcej, nie ma tam niczego, co odblokowuje człowieka w jego pasmach energetycznych i duchowych, choć trenerzy o takich swoich predyspozycjach głoszą. Ale tylko głoszą, ich zapewnienia z rzeczywistością nie mają nic wspólnego.

Cała Merkaba, a Polacy mają dostęp tylko do części jej obszaru, to ledwie 30% Drogi Otwartego Serca. Plus 10% zwodniczych, blokujących ducha technik. Zresztą tak jest ze wszystkim, z czym się do tej pory spotkałem. I na domiar złego, wszędzie za owe tajemnice trzeba słono płacić. Tu, na tej stronie, macie esencję duchową wyłożoną gratis, sercem Jezusowym i Jego wsparciem okraszoną, a mimo to nasza koleżanka zastanawia się nad wyborem: iść za kasą czy wziąć się za pracę nad sobą i dopiero potem, będąc już czystą, nauczać i uzdrawiać innych. Ona się chwieje, bo zamierza iść na łatwiznę. Tak samo jak mistrzowie wahadełek, widzący w mojej pracy jedynie korzyści. Nie widzą jednak, na co owe korzyści idą. Tu są ślepi.

Piszę o tym wprost, po to, by ci, którym faryzeusze schlebiają, zrozumieli, że owo schlebianie ma swój oczywisty cel: oszustwo. W sprawach duchowych nie istnieją żadne drogi skróty, chyba że do piekła. I tę prostą zależność i duchowe lenistwo wykorzystują wszyscy sekciarze. Schlebiają słabym, a oszustów namaszczają wonnymi olejkami bożego błogosławieństwa. Te olejki trzeba wycisnąć samemu i samemu trzeba odbudować to, co przez nierozwagę w poprzednich wcieleniach się straciło. Nie można ludziom wmontować miłości do świata, można im tylko podpowiedzieć, jak to mogą osiągnąć i co z tego wynika.

Wiele osób was wykorzystujących żyje iluzją własnej doskonałości, żyje w takim przeświadczeniu o swojej duchowej wspaniałości, że rezygnuje z obowiązku rozpamiętywania wczorajszego dnia i przyglądania się własnym czynom. Ukrywają przed sobą znaczenie tego, co robią, a co przeczy temu, co o sobie myślą. Na przykład jedna z naszych koleżanek obowiązkowo, za drobną opłatą kilkudziesięciu złotych, przygotowawczo czyściła chętnych do przyjścia na warsztaty. Niby był to wymóg. Nawet wahadełkowanie jest u niej droższe niż warsztaty u mnie. A wszystko to w imię duchowego wspierania innych. Do tego stopnia wierzy w swoją nienaganną czystość, że w czasie warsztatowych modlitw nie wchodzi w górne rejestry, tylko wszystko przerabia w umyśle. Po prostu wyobraża sobie to, co jej pasuje. Robi z sobą dokładnie to, co mistrzowie kamuflażu fundują wam w czasie modlitw na wahadełkowaniach, o ile nie uruchamiają pasm w bezinteresownej do was miłości. Gdy jej nie ma, z wolna niknie światło. Ale niknie także w was.

Niszczenie ludzi, zamykanie im drogi wzrostu, nim zdążą okrzepnąć w sobie i  nauczyć się posługiwania mocą, było głównym powodem poniechania przeze mnie organizowania warsztatów i wahadełkowań na wyjeździe. Dość szybko zastępowały mnie bowiem w tej pracy osoby niewłaściwe, niszcząc to, co mozolnie budowałem latami. Zło wykorzystywało moją pracę przeciwko uduchowiającym się ludziom i przeciwko mnie samemu. Co prawda kilka osób uzyskało już aktywne wsparcie świata duchowego w swojej pracy, jednak ich skromność i nieprzebojowość w tej chwili uniemożliwia im pracę z grupami. Muszą się oni jeszcze nauczyć bezpośredniego mówienia prawdy wprost, a nie owijania tego w bawełnę, żeby broń Boże komuś nie sprawić przykrości.

Błędem jest ukrywanie prawdy, choćby owa była trudna do przełknięcia. Ale wkrótce się to zmieni i wyjdą wam naprzeciw ci, którzy będą was mogli duchowo obudzić. Póki co jest odwrotnie, a ci, co udają przed wami przyjaciół, nieźle się waszym kosztem bawią. Z tego też powodu warsztaty u mnie przybrały formę konkretnej pracy nad sobą. Każdy z was musi rozumieć zasady gry energetycznej i umiejętnie wykorzystywać je do własnych celów. Od stuleci robią to masoni, możecie i wy. W tej chwili tylko kilka osób gwarantuje swoją duchową postawą, że nie zwiedzie was i nie wykorzysta na organizowanych przez siebie wahadełkowaniach, co najwyżej podniesie i wesprze, tak słowem jak i działaniem. Mówię między innymi o Adamie i Zosi. Oczywiście są jeszcze inni, ale ich wahadełkowania mają rodzinny charakter i nie są upubliczniane.

Jeśli zaś chodzi o organizowanie jakichkolwiek warsztatów bazujących na treściach przeze mnie wykładanych, choćby nie wiem jak zręcznym słowem ktoś się posługiwał, zapewniając o swojej wiedzy i duchowej dojrzałości, to w tej chwili nie znam nikogo, kto swoim doświadczeniem mógłby udźwignąć utrzymywanie w innych poprawnej energetyki. Mówię to bez ogródek, wprost, bo taki jest mój przykry obowiązek. To dla was, dla waszego dobra ścieram się z tymi, co w piękne sceny iluzji wkładają brud tego świata. I nie mam czasu tłumaczyć, ile jest w tym ich złej woli, a ile zagubienia czy ignorancji. Jeśli robią to, co robią, to i tak robią to świadomie. Dlatego żaden z nich nie pyta Góry o zezwolenie.

Jak dotąd, choć wiele spotkało mnie z tego powodu przykrości, wszystko, co mówiłem, przed czym ostrzegałem, na co naprowadzałem, okazało się być prawdą (choć czasem musiało na to upłynąć kilka lat). Czemu więc tacy "ezoterycy" wierzą, że to właśnie im uda się w końcu mnie zwieść na manowce? Czyżby siła potrzeb i słabości była aż tak ogromna? Może. Ale  moja wiara w Bożą Sprawiedliwość jest jeszcze większa.

Mam nadzieję, że swoimi słowami nikogo nie obraziłem i że nie dałem sposobności do imiennego powiązania kogokolwiek z tym, co tu powiedziałem. Wybaczcie też przypadkową zbieżność faktów.

I pomyśleć, ile zachodu, ile starań, ile tłumaczeń potrzeba, by co niektórzy pojęli, jaką wartość mają zjawiska zachodzące podczas prostych pozornie wahadełkowań. Proszę jednak zauważyć, że podczas modlitw i przy użyciu skal ludzie dość często dokonują ostatecznych wyborów życiowych, a to nie każdemu może się podobać. Jest to także mistyczny czas poznania prawdy o sobie i całości, jak i wyrokowania o swym losie, przeznaczeniu i powołaniu. Tu dzieją się rzeczy, o których większość w ogóle nie chce słyszeć. Nie ma się więc co dziwić, że w to miejsce będą też przysyłani ci, których zadaniem jest właśnie zamykanie furtek do zaświatów, do wiedzy, do wolności gatunku ludzkiego.

. . .

Zacznijmy od przekazu:

".Zwyrodnienie: posiew praw, które wzięły swój początek z kształtującej się doskonałości, która w zetknięciu ze skończonym obrazem Doskonałości uznała, iż w swym obecnym stanie "pierwotnych zapisów" (osłabionych przez rozwibrowanie) nie jest w stanie osiągnąć szczytów samej siebie bez stosowania dróg na skróty, które by zaktywizowały przerabiane stany na drzewie poznania nawet przy niewłaściwym wyborze (drzewo dobrego i złego). Owa niezamknięta doskonałość przez niewłaściwy wybór ścieżki doświadczenia z wolna doprowadziła do powstania ograniczeń w samej sobie, a więc i przez swoją nową postawę do powstania ograniczeń w pasmach jedności z Całością. Nie rozumiejąc doskonałości obu Praw (PWW i PTP) ani zakresu poznania, istota ta co rusz "zatrzymywała się" i nie mogąc oprzeć się imperatywowi dążenia do końca swej drogi, którą coraz mniej rozumiała, miast zachować swoją jednorodność i poprawność widzenia ruchów na tej drodze, zaczęła tworzyć iluzję poznania, iluzję praw, iluzję wyboru dobrego i złego oraz iluzję swej jednorodności i poprawności przeznaczenia i powołania. A ponieważ, jak każda istota, musiała istnieć, a więc myśleć, czuć i doświadczać, utknęła w iluzyjnym życiu na wielu poziomach, łącząc się z wielu innymi podobnie zbłąkanymi-zawieszonymi braćmi, z którymi stworzyła pomniejsze prawa oraz pomniejszą akceptację jednorodności, dzięki czemu mogła nadać (własnemu istnieniu) nowy wymiar w doświadczaniu nowej konfiguracji dobrego i złego na drzewie poznania. To zamknęło-ukryło jej pierwotną-starą drogę w krzepnących strukturach nowego, które w mniejszym lub w większym stopniu odbiegły od światła i Boga i które były w mniejszym lub większym stopniu złożone, trwałe i grupujące w przestrzeniach mniejszą lub większą ilość istnień.  Stworzyły one w ten sposób nowe światy pod protektoratem najsilniejszych spośród siebie, wierząc, że są one dokładnym odwzorowaniem tego, co na Górze, i zakładając, że stworzony przez nie system i jego prawa są względnie doskonałe, co zostało wyłożone i potwierdzone mocą kodeksu, czyli prawa ludzkiego. By zachować względną stabilność systemu, ściśle skorelowaną ze stabilnością psychiczną i egzystencjalną, powołano strażników i nauczycieli prawa ludzkiego, a także pozwolono na implementowanie programów i blokad odcinających fizyczność (doświadczany obszar) od pasm duchowych, które uznano z czasem za wrogie i niebezpieczne dla funkcjonowania systemu, a więc i dla wypalanych w karmicznym piecu przyzwyczajeń. Gdy uschło drzewo poznania i drzewo dobrego i złego (nauka dokonywania wyborów), stworzono potrzeby, będące namiastką procesu dokonywania wyborów, przez co istota ludzka poczuła się zdecydowanie lżejsza. Tym sposobem uwolniła się od obowiązku utrzymywania właściwych procesów duchowych w sobie, czego i tak  nie była już w stanie kontrolować, a co wywoływało w niej tylko silny konflikt wewnętrzny, gdzie o prawo głosu coraz silniej walczyła prawda z iluzją. I tak powstała atrapa człowieczej poprawności, która pozwoliła w końcu człowiekowi odetchnąć i bez wyrzutów sumienia zrezygnować z pierwotnej (jedynej) drogi do Boga. Pracę nad sobą zastąpiono wygodnymi schematami systemu, w tym religią, ezoteryką, prawem karnym i gospodarczym, a świadomy "umysł" został wyłączony raz na zawsze.

Przykładem takiego wyłączenia, takiego systemowego podstępu jest między innymi dylemat, jaki męczy człowieka stojącego przed sklepową półką, gdy zaczyna się on zastanawiać nad tym, co kupić do herbaty: słodzik, cukier, czy może cukier trzcinowy nierafinowany. Zastanawiający się nad jakością produktów człowiek słyszy tlące się w nim echo własnej duchowości - słyszy szum soków płynących w korzeniach drzewa poznania i drzewa dobrego i złego, co wystarcza mu do stwierdzenia, że wszystko jest w należytym porządku. Sięgnięcie po cukier trzcinowy traktuje jako oczywisty wyraz troski o stan zdrowia swojego fizycznego ciała i do głowy mu nie przyjdzie, że każdy z oferowanych produktów jest zwyczajną trucizną dla ciała, choć duszy przynosi to chwilowe zadowolenie. Egoistyczne podejście do świata, uprawomocnione w normach społecznych zachowań, rujnuje go już w obrębie samej podstawy jego istoty.

Takim samym krzywym wyborem kierujemy się w relacjach z drugim człowiekiem, kiedy to samo poniechanie złożenia donosu na nielubianego kolegę z pracy uznajemy za wyjątkowo atrakcyjny atrybut duchowy, rzecz świadczącą niewątpliwie o naszej doskonałości. Nikt nie bierze pod uwagę faktu, że już samo nielubienie i myślenie o wyrządzeniu krzywdy jest potworne, że jest złem, podłością, takim zwyczajnym zwyrodnieniem.

Stało się tak, że z potrzeby utrzymywania stanu wewnętrznego spokoju energetycznego, ludzie wolą wierzyć w iluzję, niż w prawdę ukazującą poprawność ich zachowania. Wykształciwszy w sobie niepożądane cechy i potrzeby, utonęli w iluzji siebie i przestali dostrzegać to, co jest czyste i prawe. Nawet, by nie doświadczać bólu duchowego, sami niszczą światło i prawość w sobie i innych. W ten sposób utrzymują się na fali pewności, że to, co czynią, myślą i mówią jest właściwe (bo tak robią wszyscy), dzięki czemu nie muszą nic w sobie zmieniać, co dla słabych (ujarzmionych przez system) ludzi jest nie lada problematyczne.

Przez ugruntowanie wewnętrznej mocy zła (energia przeciwna) tworzą wewnętrzną strukturę ciemności, w której zlepiają wiele odciętych od światła aspektów istoty ludzkiej,  co z wolna wymazuje Pierwotne Zapisy w Macierzy. Im więcej szarości i czerni w takiej istocie, tym mniejsze zrozumienie siebie i światła. Taka istota potrafi krzywdzić innych, upatrując w tym przyjemność, którą podnosi nawet do rangi społecznego obowiązku. Taka postawa umacnia ją w słuszności własnego postępowania, a ofiarę przymusza do uwierzenia, że to ona czyni źle, że sama ma zbudować sobie stos, wyciąć na krzyżu napis: czarownica, a potem się podpalić, śpiewając Alleluja...

Gdy wartość zwyrodnienia przekroczy u oprawcy 40%, traci on umiejętność widzenia Prawdy na rzecz Nowego Ładu, zyskuje za to zdolność tworzenia usprawiedliwienia dla każdej niecności. Tworzy Czarny Kodeks Śmierci. Gdy zwyrodnienie osiągnie 60%, taki człowiek, nawet gdyby całe życie klęczał przed ołtarzem, zawsze będzie niszczył wolność i światło w drugim człowieku. Może on używać pięknych słów usprawiedliwiających sianie strachu i fizyczny terror, tworzyć nawet społeczne tło przychylności dla swoich czynów (moja baba to zdzira, dlatego ją tłukę; Afganistan to siedziba zdeprawowanych ludzi, więc trzeba im pokazać, jak działa amerykańska demokracja itd.), może nawet nauczyć się bratania z drugim człowiekiem, przez co pozyska jego uwagę, ale zawsze będzie to wyrafinowany podstęp i nic więcej. Niczym upiór, niczym wampir będzie ssać duchową i energetyczną krew ze swoich ofiar, każąc im na dodatek płacić za ową korzystną dla nich "reanimację". Gdy zwyrodnienie przekroczy 70%, ów człowiek sam z siebie staje się ciemnością, a jego myśli, słowa i czyny - jej emisariuszami.

Już przy 20-procentowym zwyrodnieniu człowiek nie jest w stanie podjąć walki o samego siebie. Przyzwyczajony do mocy zła, po prostu tego od siebie nie oczekuje. On nie przyjmie, że nie jest czysty. On wszystko odniesie do systemowych praw i opinii i się w nich wybieli, na innych zwalając podejrzenie o służenie diabłu.

Sprawdzajcie poziom zwyrodnienia u tych, których podejrzewacie o strzępienie waszych Zapisów, o plucie jadem, a zrozumiecie, co się dzieje, choć na skali poziomów duchowych i  na skali uczuć w danej chwili takiego niszczenia możecie nie uchwycić. Bez względu na to, co sądzicie o wyzwalaniu takich ludzi z iluzji, nawet Jezus odstępował od nich, gdy zwyrodnienie przekraczało 30%.

Pamiętajcie przy tym, że uwikłanie w spory systemu i nieumiejętność dokonywania właściwych wyborów nie ma nic wspólnego ze zwyrodnieniem, choć i jedna i druga postawa potrafi fizyczną ręką ukamienować człowieka. Zwyrodnienie to brama do piekła, którą w sobie otwiera człowiek ciągiem nieskończonego czynienia zła. I choćby w danej chwili znieprawiony duch pozwalał duszy na pozostawanie w korzystniejszych pasmach wibracyjnych, to i tak tylko po to, by mamieniem i zwodzeniem przytępić czujność obrabianych ludzi."

Podsumowując: tam gdzie odkryjecie jakąkolwiek formę zwyrodnienia w ludziach pracujących z energiami, należy zapomnieć o ich udziale w waszym życiu. Sama ich obecność będzie gasić światło we wszystkich waszych powłokach. Zasypać wejście, wbić czarny krzyż i więcej się nie pojawiać. Gdyby to dotyczyło osób prowadzących wahadełkowania, ostrzec przed nimi wszystkich, zasypać wejście, wbić czarny krzyż i więcej się nie pojawiać. Jeśli zaś zwyrodnienie osobiście organizuje jakiekolwiek kursy rozwoju duchowego, to wiedzcie, że ludzki duch na pewno będzie tam zabijany, choć wielu urzeczonych urokiem zwyrodnienia może to odczuwać jako uniesienie. Opuścić gmach, zasypać wejście, wbić czarny krzyż i więcej się tam nie pojawiać. Jeśli to wy, czarna śmierć ludzkiej duszy, organizujecie takie spotkania - zaryglować drzwi od środka, wziąć pistolet do ręki i strzelić sobie prosto w łeb, a na pewno ten czyn będzie przez Boga potraktowany jako dobry uczynek, jako wsparcie ludzkiej ewolucji.

Na marginesie dodam, że człowiek kształtuje swoimi myślami i mocą energetyczną ścieżki losu, ścieżki przeznaczenia i ścieżki powołania. Gdy odczyty prowadzi człowiek podstępny, zawsze analizuje on ruch na ścieżkach losu, nigdy na ścieżkach przeznaczenia, a tym bardziej powołania. Takie osoby dość dobrze doradzą, co na dziś zmienić, by jutro było lepiej. Rzecz w tym, że to lepsze na jutro może być dużo gorsze od tego, co oferuje i czego wymaga zapis w przeznaczeniu lub powołaniu. Przykładowo, możemy uzyskać podpowiedź co do tego, kiedy najlepiej złożyć wniosek o przyznanie subwencji, ale przemilczanym będzie, że istnieje jeszcze druga, lepsza ścieżka losu, o ile będzie ona nakładać się na ścieżkę przeznaczenia. Odsłonięcia ścieżki powołania w ogóle nie będzie, bo ludzi zwyrodniałych interesuje wyłącznie jej zamykanie. Dlatego odczytają przyszłość tak, by owa broń Boże nie umożliwiła odnalezienia się w boskim powołaniu.  Po tym właśnie poznacie, kto jest waszym prawdziwym przyjacielem.

Rzućcie okiem na skalę nr 15a, a reszty się domyślicie.

 ... ... ...

Jesteśmy dziećmi jednego Boga, ale zachowujemy się tak, jakbyśmy pochodzili od różnych ojców, jakby jednego wychowywał oszust, drugiego złodziej, trzeciego kształtował obłudnik, piątego morderca, a szóstego niszczyciel, jak gdyby wpływ na nasz wzrost miał nie tyle doskonały Ojciec Wszechrzeczy, ile jego doświadczające życia dzieci, które w swej pysze mianowały się wyższymi ponad Niego, przez co uzurpując sobie prawo do wszystkowiedzy, wywarły przesadnie niekorzystny wpływ na rozwój swoich biologicznych wychowanków.

Z niewiedzy, z niedoskonałości, do tego stopnia poprzewracało się im w głowie, iż w swym zagubieniu uznali się twórczo predestynowanymi do kreowania własnych dążeń i marzeń w ścieżkach losu innych ludzi. To piętno duchowego kanibalizmu każdy z nas w sobie nosi. Chcąc je usunąć, trzeba wiele pracy włożyć w to, by z własnego DNA usunąć te pożałowania godne wzorce własnych i przodków zachowań. Nie każdemu to się udaje, właściwie to nikomu, dlatego tak modnym jest stałe sprawdzanie, kto i w jakim stopniu stoi po ciemnej i jasnej stronie. W ten sposób tworzy się iluzję, że większa zawartość światła w drugim człowieku jest wyraźnym sygnałem mówiącym o tym, że ów człowiek wzrasta. Nic bardziej mylnego. Dopiero czysty człowiek wzrasta, i nikt więcej. Dopóki światło nie wypełni istoty ludzkiej w 100%, nie ma w nim wzrostu, a zauważyć można jedynie proces "oczyszczania" się, tak z własnych słabości, jak i naleciałości przodków. I o tej oczywistości nikt nie powinien zapominać.

Ten kto zamierza kroczyć drogą ku światłu, ten zawsze będzie kładł nacisk na autentyczną czystość i na prawdziwy powrót do Domu Swego. Jeśli zaś nie zamierza tego robić, a lubuje się jedynie w oszukiwaniu samego siebie (w tworzeniu iluzji na potrzeby umysłu) i pozostawaniu na niskowibracyjnym dnie morza energetycznej gry, ten zawsze będzie żyć ideami kościelnymi i ezoterycznymi, usprawiedliwiającymi jego "mimo wszystko" coraz poprawniejszą postawę. Tyle tylko, że nie będzie to miało nic wspólnego z powrotem do domu, a będzie jedynie kolejnym potwierdzeniem braku wyboru, braku określenia tego, kim się jest i kim się chce być. Tacy ludzie z umiłowaniem pójdą za głosem mówiącym o Bogu, o Całości, byle tylko nie wymagało to zmian w ich zachowaniu, w odbiorze świata i sposobu interakcji z drugim człowiekiem.

Gdy ktoś staje się nudny w swych opowieściach o potrzebie zmian, wtedy odwracają się od niego i szukają poratowania tam, gdzie łatką lenistwa i zacofania zaślepią dziurę w swym własnym sercu. Stworzą na swe potrzeby iluzję poprawności dla własnych wyborów i dadzą się uwieść tym, którzy dla własnych celów ową iluzją przeprogramowują przestrzeń i takich jak oni, słabych w duchu, urabiają pod siebie, dając w zamian obietnicę wstąpienia do raju.

Swój odnajduje swojego i obaj cieszą się jak dzieci. Jeden gromadzi fundusze i syci się własną wyższością, drugi wreszcie oddycha z ulgą, czując że daje Bogu akurat tyle, ile potrzeba. Ci pierwsi nakładają szaty papieskie, ci drudzy moherowe berety, ci pierwsi jawią się duchowymi mistrzami, ci drudzy ich słuchają, pozwalając prowadzącym przeorywać własne ścieżki losu, ścieżki coraz wyraźniej odbiegające od nici przeznaczenia.

Ale prędzej czy później, ale dziś lub jutro, ale w tym lub w następnym wcieleniu duszę i tak zacznie coś nękać, a fizyczne serce ściskać niewidoczna dłoń. Coś uwięźnie w gardle i z oczu popłyną łzy. I to nie łzy potwierdzające własną niemoc i zagubienie, ale pierwsze łzy zrozumienia, w którym to zrozumieniu ujrzą oczy tych ludzi, którzy prawdziwie mówili o drodze do nieba. Takie budzące się istoty ludzkie zapłaczą nad losem swoich braci, dawnych nauczycieli, nad tym, że sami ich opuścili i nierzadko nimi wzgardzili, a opuszczając ich i nimi gardząc, opuścili i wzgardzili samymi sobą.